Słowo blogiem się stało, czyli początki Bułek

No i stało się.

Sama nie mogę w to uwierzyć! Piszę trzecie zdanie, które każdy będzie mógł zobaczyć, a nawet przeczytać w wirtualnej przestrzeni. Czuję słodki ciężar odpowiedzialności i szczerzę się do zawalonych książkami półek, bo oto dzieje się coś, na co zbierałam się lat naście! Siedzę po turecku w swoim mało wygodnym fotelu z wikliny (nie pytajcie, dlaczego go kupiłam, skoro jest niewygodny) i bawię się guzikiem białej koszuli. Och, och, och! Stałam się a u t o r k ą! Kochani, ja zawsze chciałam być autorką – no i stało się.

Jak do tego doszło? To bardzo dobre pytanie, które musiało paść. Cóż, nie jestem pewna, ale niemałą rolę w tym przedstawieniu odegrał mój tata (pozdrawiam tatę!). Odkąd pamiętam, powtarzał mi jak mantrę, że powinnam pisać. Ja wówczas przewracałam oczami (jestem mistrzynią w przewracaniu oczami, serio) i zapewniałam go gorąco, że jestem pewna, iż nikt, absolutnie nikt nie będzie chciał czytać moich wypocin. Na to tata, że on będzie. Na to ja, że to trochę mało. Ale coś Wam powiem – to nie trochę mało, tylko trochę dużo…

I z tego trochę dużo powstały w końcu Bułki. Bułki wymyślił W., który jest moim prywatnym miszczem językowych gier (uwaga, uwaga, błąd zamierzony). Lubimy przewracać słowa na wszystkie sposoby, ale w przeciwieństwie do mnie W. zachował zdrowy rozsądek, kiedy inny miły jegomość (sprawca cudów graficznych) postawił mnie przed faktem dokonanym i zasugerował, że warto wymyślić wdzięczną nazwę bloga. O ile ja w tej wiekopomnej chwili boleśnie uświadomiłam sobie, że czuję dzwoniącą w uszach pustkę w głowie, o tyle W. rozsądek zachował, pustka była mu obca i wymyślił wdzięczną nazwę, za co jestem mu dozgonnie wdzięczna.

Tak Bułki zostały Bułkami, a proces urzeczywistniania wizji ruszył pełną parą. No i między styczniowymi sufletami cytrynowymi, żmudnym spisywaniem złotych myśli i wymyślaniem przepisów na idealne pączki to, co do tej pory było pustym hasłem, stało się Bułkami, które z bułkami mają niewiele wspólnego…

Bułki bez bibułki to żadne bułki. To Bułki, czyli mój pomysł na świat, który będzie kręcił się wokół słów i smaków. To takie zaproszenie na bibułce – zaproszenie do mojej kuchni i nie tylko kuchni, zaproszenie do stołu, i nie tylko do stołu…

Kochani, jakkolwiek to brzmi, chcę zaprosić Was do rozgoszczenia się w Bułkach. Wyobraźcie sobie, że kreślę dla Was słowa na bibułkowym papierze. Jakżeż to dobrze brzmi! Moja językoznawcza dusza ma dużo radości z tworzących się tutaj gier słów. Bierzcie z Bułek jak najwięcej. Bierzcie i czytajcie, bierzcie i pieczcie, bierzcie i jedzcie… I wracajcie, bo biedny tata w pojedynkę nie da rady wszystkiego przeczytać!

Powitalne całusy po raz pierwszy,

M.

 

 

(Visited 210 times, 1 visits today)

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]