Idealny przepis – nie tylko na ciasteczka

Luty właściwie w ogóle nie kojarzy mi się z miłością. Nie przepadam za walentynkowymi akcentami, choć mi nie przeszkadzają. Jestem gdzieś obok nich – jeśli jest okazja, żeby gdzieś wyjść albo coś zamówić, to chętnie, ale ze spokojem. W tym roku wyższa konieczność skłoniła nas do tego drugiego rozwiązania: zamówiliśmy znakomite tajskie jedzenie, wypiliśmy butelkę wina i obejrzeliśmy film.

Pamiętam, że w gimnazjum i liceum marzyłam o tym, by otrzymać niespodziewaną walentynkową kartkę. Przez kilka dni, mniej więcej od dziesiątego lutego, w holu stała urna, do której można było wrzucić zaadresowane koperty. Imię, nazwisko, klasa. W walentynki wydelegowana para chodziła od sali do sali i rozdawała kartki – nigdy nie dostałam anonimowego wyznania miłosnego. Pocztówka od przyjaciółki się nie liczy – zresztą tamta przyjaciółka szybko przestała być moją przyjaciółką. Życie…

Walentynkowe kartki wzbudzały w szkole ogromne emocje. Dziewczyny zazdrościły koleżankom, które dostały po kilka kopert; chłopcy udawali, że nic ich to nie obchodzi. Co roku miałam nadzieję, że tym razem będzie inaczej: przecież nie wyglądam tak źle, chyba zasługuję na odrobinę atencji? Kiedy dzisiaj myślę o tamtych czasach, czuję się źle ze świadomością, że uzależniałam swoje poczucie własnej wartości od innych. Sądzę, że nie tylko ja miałam ten problem. Prawdopodobnie przeszło przez to (lub nadal przechodzi) większość młodych kobiet.

Jako nastolatka nie lubiłam siebie. Wydawało mi się, że samoakceptacja jest uwarunkowana zewnętrznymi czynnikami. Będę się czuła dobrze, kiedy pójdę do fryzjera. Kiedy się pomaluję. Kiedy będę miała równe brwi. Kiedy kupię sobie tę zieloną bluzkę. Kiedy…

To “kiedy” nigdy nie następowało. Kolejne kroki powodowały, że rzeczywiście wyglądałam lepiej, ale wcale nie czułam się dobrze. Ciągle wydawało mi się, że jestem niewystarczająco ładna. W tamtych czasach słowo “ładna” było dla mnie najważniejsze. Zapytacie o wnętrze, które podobno liczy się najbardziej? Tak, mówiłam, że wnętrze jest najistotniejsze, ale ciągle patrzyłam w lustro.

I tak mijały kolejne miesiące. Najpierw dużo przytyłam, a potem drastycznie schudłam. Obcięłam włosy i zmieniłam kolor na blond, nauczyłam się malować. A potem – nawet nie wiem kiedy, chyba na drugim roku studiów – zaczęłam myśleć o swoim wnętrzu. Posiadłam umiejętność słuchania swojej duszy i ciała. Zrozumiałam, że jestem taka sama, kiedy się budzę i wychodzę do kina z chłopakiem. Przestałam mieć do siebie pretensje i warunkować swoje samopoczucie od tego, co powinnam zrobić. Zaczęłam się cześciej uśmiechać i pomału wyzbywać dziwacznych babskich obsesji.

I dopiero wtedy odetchnęłam. Dlaczego to sobie robiłam? Nie wiem. Dlaczego tak długo wydawało mi się, że jestem nie dość… ładna, zabawna, inteligentna, fajna? Nie wiem, bo miałam wszelkie powody, żeby czuć się świetnie. Dziewczyny czasami lubią maksymalnie skomplikować sobie życie – niestety.

Wiecie, że mojego męża znam od czasów liceum? Wtedy, kiedy obsesyjnie myślałam o kartce od tajemniczego wielbiciela, on siedział ławkę dalej. Kiedy ja wymyślałam, co powinnam zrobić, żeby odmienić swoje życie, on mnie zaczepiał i niesamowicie denerwował. Kiedy czekałam na księcia z bajki, on codziennie odprowadzał mnie do domu, chociaż miał nie po drodze. I kiedy ja nie lubiłam siebie, on postanowił, że kiedyś będziemy razem. Podobałam mu się w długich, nietwarzowych włosach spiętych w cudaczny kok, w brązowych okularach w za dużych ramkach i bez makijażu. I właśnie dlatego wiem, że on kocha mnie taką, jaka jestem naprawdę. Odkąd to zrozumiałam, jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. I każdemu z was życzę takiej prawdziwej miłości – która nie potrzebuje nic ponad to, co ma. Która kocha za nic – bo jak mówią, nie istnieje żaden powód do miłości.

Dziękuję, kochanie.

***

W tym miejscu pojawi się przepis na ciasteczka z czekoladą – najlepsze, jakie zrobiłam (to słowa mojego męża). Na dziewięć dużych ciasteczek potrzebne są mąka (150 g pszennej i 25 g ziemniaczanej), żółtko, 110 g tłustego masła, 50 g pudru, szczypta soli i łyżka cukru z prawdziwą wanilią, no i tabliczka mlecznej czekolady. Czekoladę dzielimy na pół i siekamy na drobne kawałki. W misie robota ucieramy masło z pudrem i cukrem, dodajemy żółtko, a póżniej sól i mąki. Masę wyjmujemy z naczynia, kładziemy na podsypany mąką blat, zagniatamy z POŁOWĄ posiekanej czekolady. Z ciasta formujemy gruby wałek i kroimy na dziewięć plastrów, a plastry rozpłaszczamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Nadajemy ciastkom okrągły kształt. W uformowane placki WDUSZAMY pozostałą CZEKOLADĘ. Pieczemy je 12 minut w 180 stopniach (termoobieg), ale radzę ich pilnować. Powinny się zezłocić, ale nie zbrązowieć. Nie sprawdzajcie, czy ciastka są miękkie – bo będą i tak powinno być. Po uzyskaniu odpowiedniego koloru wyłączcie piekarnik, wyjmijcie blaszkę i dajcie ciasteczkom pół godziny – będą idealne. Co rozumiem pod tym pojęciem? Że wasze wypieki będą maślane, kruche, rozpływające się w ustach. Zupełnie inne niż ciastka z dodatkiem proszku do pieczenia 🙂

***

lista składników: 150 g mąki pszennej (tortowej), 25 g mąki ziemniaczanej, szczypta soli, 50 g cukru pudru, łyżka cukru z ziarenkami wanilii, żółtko, 110 g masła (tłustego, a nie jakiegoś light czy innego odtłuszczonego)

***

A na koniec bonus – podzielę się proporcjami na idealne życie. Wystarczą on i ona. Nie trzeba nic więcej; zero udawania, sama prawda. No, może jeszcze pani fotograf, która uwieczni całą zabawę…

 

 

(Visited 473 times, 1 visits today)

6 myśli na temat “Idealny przepis – nie tylko na ciasteczka”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]