Najlepsze pączki (donuty) w kosmosie

Ostrzegam: ten wpis będzie długi, ale kompletny: troszkę zabawny, merytoryczny i konkretny (pod koniec).

Chyba wszyscy przyzwyczailiśmy się już do pracy zdalnej. Dużo osób wciąż pracuje w domu, łącząc się ze światem za pomocą internetu. Trzeba przyznać, że to dobre i praktyczne rozwiązanie. Zastanawialiście się może, co mają zrobić osoby, które mieszkają razem i każde z nich pracuje online? Hm, ja i Marcin mamy taki “problem”. Na ogół nie dostrzegamy powodów do narzekań: działamy w ciszy, a krótkie spotkania na kamerkach czy rozmowy żadnego z nas nie drażnią. Poza tym do niedawna nasze zebrania się nie zazębiały. No właśnie… do niedawna.  Tak się złożyło, że kilka dni temu oboje uruchomiliśmy kamerki o tej samej godzinie. Tego dnia miałam problem z internetem, a potem z programem – nie mogłam znaleźć ikonki mikrofonu (czyli wyciszyć dźwięków dobiegających z naszego mieszkania, które były słyszalne dla innych). Z rozpaczą wodziłam wzrokiem po ekranie, Marcin mówił jak najęty, a moje koleżanki z pracy i szefowa nie wiedziały, co się wyrabia (“Ktoś do nas dołączył?”, “Słyszą Panie ten dźwięk?”). W końcu poratowała mnie przyjaciółka, która napisała mi na komunikatorze, gdzie znajdę znaczek mikrofonu. Zanim jednak zdążyłam go wcisnąć, Marcin wykrzyknął na całe gardło: “Czy macie dziś coś ważnego pracowego do zrobienia?!”. Co znaczy słowo “pracowe” każdy zrozumie, tak samo jak to, że był to żart. Odpowiedziała mu… moja szefowa. Kiedy padło “My na przykład mamy bardzo dużo do zrobienia”, wszyscy wybuchnęli śmiechem. A kto był gwiazdą przedsięwzięcia? Cóż, jak zwykle ja. Tym akcentem zakończymy część zabawną.

Teraz wstęp części merytorycznej 🙂  Rok temu mój ówczesny narzeczony zrobił mi najpiękniejszy prezent. Biorąc pod uwagę miesiąc luty, pewnie większość z was pomyśli sobie: “O, kupił jej coś fantastycznego na walentynki!”. Tu was mam, bo rzeczywiście kupił mi coś fantastycznego, ale nie na walentynki. Marcin doskonale mnie zna i wie, że walentynki niewiele dla mnie znaczą, a zamiast kwiatów wolę jedzenie. Bukiet zamieniłabym na kawałek ulubionego sernika, półfrancuską drożdżówkę z kremem migdałowym i owocami, ptysia albo świeżo usmażonego pączka. A teraz do brzegu – w zeszłoroczny Tłusty Czwartek jeszcze-nie-mąż przyszedł do mnie obładowany kartonikami zawierającymi… donuty. Ciepłe, ach, jak cudownie ciepłe, pachnące słodyczą, rozkosznie maślane i najlepsze, jakie kiedykolwiek jadłam. W pudełkach były różne smaki: karmel z kruszonką, biała czekolada z maliną i coś jeszcze, czego (niestety) nie pamiętam. Objadłam się wtedy jak dzik, ale byłam najszczęśliwsza na świecie.

W tym roku postanowiłam, że spróbuję odtworzyć tamten smak. Długo kombinowałam, jakie zastosować proporcje; w końcu połączyłam dwa ulubione przepisy na maślane ciasto drożdżowe, dodałam do tego kapkę spirytusu, który do pączków dodawała babcia, i skórkę z cytryny. Tak powstał wzór idealny – nie dość, że odtworzyłam zeszłoroczny przysmak, to jeszcze przebiłam wszystkie dotychczasowe receptury zapisane w rodzinnych zeszytach. Serdecznie zachęcam was do wypróbowania moich proporcji – nawet tych, którzy jeszcze nigdy nie smażyli pączków. Jedyne, w co radzę się zaopatrzyć, to porządny termometr cukierniczy, który pozwala spokojnie czuwać nad temperaturą oleju. Dzięki temu pączki nie palą się na węglistą czerń, a olej pozostaje czysty.

Ważne jest, by pączki smażyć PRZED nadzianiem – właśnie dlatego tak wygodne jest smażenie donutów. Nic z nich nie wypływa, ładnie się rumienią i potrzebują pływać w tłuszczu tylko dwie minuty z każdej strony. Do ich wyławiania i obracania świetnie sprawdzi się drewniany patyczek do szaszłyków (czy kupuję je tylko do tego celu? BYĆ MOŻE). Po chwili polewa się je ulubionym dodatkiem i już można wgryzać weń ząbki, by radować podniebienie kosmicznym smakiem!

Ciasto jest bardzo łatwe do zrobienia. Do miski przesiewam 400 g mąki pszennej, dodaję 8 g suchych drożdży, szczyptę soli, 20 g drobnego cukru do wypieków i 20 g cukru z wanilią. Ścieram skórkę z połowy cytryny i dodaję ją do suchych składników. Zalewam je ciepłym (ale nie wrzącym) mlekiem (180 ml), a po chwili wbijam dwa żółtka i jedno całe jajko. Do tego łyżka wódki lub spirytusu, 60 g roztopionego masła i już można wyrabiać miękkie, maślane ciasto, które będzie ładnie odchodzić od rąk. Taką drożdżową kulkę umieszczam w misce, przykrywam ręczniczkiem i odstawiam w ciepłe miejsce do podrośnięcia, co potrwa około godzinę.

Kiedy ciasto wyrośnie, wykładam je na omączony blat, wałkuję na placek o grubości ok. 6 mm, po czym wykrawam z niego krążki o sporej średnicy (użyłam dosyć szerokiej szklanki). Z takich kawałków wycinam następnie małe kółka (do tego celu zastosowałam… nakrętkę od oliwy z oliwek!). Takie donuty odkładam na omączony blat, przykrywam ściereczką i zostawiam do ponownego wyrośnięcia na 20 minut. Nie omijajcie tego etapu – drugie wyrastanie jest bardzo ważne. To dzięki temu procesowi pączki są rozkosznie miękkie, puchate i maślane – jeśli usmażycie je od razu, najpewniej okażą się twarde i niesmaczne.

Następnie rozgrzewam olej rzepakowy – zamiast garnka użyłam woka, który jest szeroki. Tłuszcz powinien osiągnąć temperaturę 175 stopni i powinno się ją utrzymać przez cały proces smażenia, w razie potrzeby zmniejszając lub zwiększając gaz. Donuty smażę partiami po kilka sztuk, by się nie stykały, po dwie minuty z każdej strony. Wyławiam je wspomnianym patyczkiem, odsączam na papierowym ręczniku, a po chwili polewam solonym karmelem i posypuję posiekanymi pistacjami.

Solony karmel zrobiłam kilka dni wcześniej. W rondlu z nieprzywierającym dnem rozpuściłam na małym ogniu 100 g DROBNEGO cukru (tylko taki się nadaje: nie zastępujcie go ani zwykłym cukrem, ani pudrem). Choć mądre głowy radzą inaczej, ja od samego początku mieszam cukier małą trzepaczką – tylko wtedy smakuje tak, jak lubię. Do ciemniejącej, płynnej masy dodałam masło (50 g), a na koniec 100 ml śmietanki 30%. Powstałą masę trzeba trochę pomieszać trzepaczką, a potem lekko posolić, przełożyć do słoiczka – i gotowe!

To tyle. Znacie już przepis na moje ulubione tłustoczwartkowe słodkości – a teraz zapraszam was do smażenia! Powiem tylko jedno: warto.

____

lista składników na 14 donutów: 400 g mąki pszennej (użyłam tortowej), szczypta soli, 8 g suchych drożdży, 20 g drobnego cukru do wypieków, 20 g cukru z wanilią, skórka z połowy cytryny, 180 ml mleka, dwa żółtka, jedno całe jajko, łyżka wódki lub spirytusu, 60 g roztopionego masła

propozycja dodatków: solony karmel (100 g drobnego cukru do wypieków, 50 g masła, 100 ml śmietanki 30%) i prażone, solone pistacje (posiekane dość drobno)

(Visited 252 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]