Ryż na mleku, czyli słodkie nic

W poniedziałek była zima, w czwartek – wiosna, a od soboty mamy ulewną jesień. Cóż za kalejdoskop! W ciągu jednego tygodnia przewinęły się cztery pory roku, a ja jak gdyby nigdy nic siedzę sobie z lampką wina na łóżku, objedzona po uszy tajskim jedzeniem, i wspominam swoje czwartkowe wyjście do parku.

Miałam szaloną ochotę na spacer, więc tuż przed szesnastą wybiegłam z domu. Skierowałam się w znane sobie strony, zbiegłam schódkami nad Wartę, słonko błysnęło mi prosto w oczy (och, tak!) i już chciałam zaczerpnąć świeżego powietrza, kiedy przypomniałam sobie o maseczce. Cóż, maseczkę jeszcze jakoś bym zniosła, ale wkrótce przez materiał przebił się zapach dymu papierosowego – wyjątkowo intensywny i odrzucający. Przede mną ścieżką dla pieszych kroczył jegomość z butelką piwka w jednej ręce i z fajeczką w drugiej. Serio, pomyślałam, wychodzę na spacer i jeszcze to! Chciałam go wyminąć, ale szedł szybko, a z naprzeciwka sunął pas rowerzystów. Też chcieli wykorzystać piękną pogodę. Od razu pogorszył mi się nastrój, jakby momentalnie zaszło słońce i znowu spadły temperatury. Nie mogłam skupić się na niczym oprócz wdychaniu papierosowego dymu (przez maseczkę – kto wie, czy to lepiej, czy gorzej).

Pech? Być może. Czasami czerpanie radości z małych przyjemnostek zakłócają takie przypadki jak facet z papierosem. Ale czy warto popadać z tego powodu w zły nastrój? Pod żadnym pozorem nie warto! Takie przeszkody trzeba wprawnie wyminąć. Albo pozwolić się wyprzedzić, hehe, co też uczyniłam. Przysiadłam na najbliższej ławeczce, odczekałam kilka minut i ruszyłam dalej. I znowu było pięknie, promienie słońca świeciły mi prosto w oczy, psy biegały na pobliskim pasie trawy, a ja po prostu szłam przed siebie i było mi dobrze.

Tak sobie myślę, że każdą dobrą rzecz może coś zakłócić – to taki dym z papierosów, który denerwuje i gryzie w nos. Odbiera całą radość i skupia całą uwagę. Grunt to nie przywiązywać się do takich przeszkadzajek, ale zgrabnie je wyminąć – lub dać się wyprzedzić. Po prostu je obejść. Zignorować. Odpuścić.

I to miał być dzisiejszy wpis  – plus przepis i kropka. Ale przepisu długo nie było, bo burgery buraczane mi nie wyszły, a chałwowe miniserniczki okazały się gorzkie… Miałam sobie odpuścić, ale zadzwoniła mama. “Kiedy coś napiszesz?” – padło konkretne pytanie. “Nie mam zdjęć…” – odparłam. “Przecież czekamy głównie na wpis, a nie na jakieś zdjęcia!”. Roześmiałam się i pomyślałam, że niektóre rzeczy naprawdę są proste, a my dorośli niepotrzebnie je komplikujemy. Nie będę nigdy fantastyczną kulinarną blogerką. Ale będę Magdą, która lubi pisać i gotować, a kilka lub kilkanaście osób lubi ją czytać i inspirować się jej kulinarnymi dokonaniami. Tyle mi wystarczy.

Po rozmowie z mamą poszłam do kuchni i ugotowałam ryż na mleku – najprostszą rzecz na świecie. 200 ml mleka na 50 g ryżu, do tego trochę wody i szczypta soli. Kiedy białe ziarenka dochodziły w rondelku pod przykryciem, rozpuściłam łyżkę masła i odszukałam w szufladzie cynamon. Po chwili zastanowienia na osobnej patelni uprażyłam jedno małe jabłko – czyli pokroiłam je w kostkę i udusiłam w odrobinie wody z przyprawą do szarlotki.

A potem wyłożyłam biały kleik na talerz, polałam nieprzyzwoitą ilością masła, posypałam cynamonem i posypałam cukrem. Gdzieś na brzegu ułożyłam miękkie jabłko. Tutaj nie można zastępować składników – żadne roślinne margaryny, masła ghee i oleje w żadnym razie się nie sprawdzą, podobnie jak erytrytole, ksylitole i kokosowe papki. W ryżu na mleku liczy się uczciwość i prawda – pełnotłuste mleko, masło i cukier. Wtedy jest błogo, rozkosznie i domowo.

To moje wspomnienie z dzieciństwa – taki ryż jadłyśmy z mamą co poniedziałek. I taki ma być ten wpis – błogi, dający nadzieję i przywracający sens codzienności.

___

przepis jest banalny: na jedną porcję potrzeba 50 g okrągłego ryżu (choć sprawdzi się każdy, więc jeśli nie macie innego, weźcie długi, klasyczny ryż), 200 ml mleka, ok. 50 ml wody, szczypta soli; łyżka masła, szczypta cynamonu, łyżeczka lub dwie cukru; jabłko potrzebuje natomiast odrobiony wody, by nie przywarło do patelenki, i szczypty przyprawy do szarlotki

(Visited 132 times, 1 visits today)

Jedna myśl na temat “Ryż na mleku, czyli słodkie nic”

  • Odkrylam tego bloga nie dawno, ale już wiem, że zostaje na dłużej 😀 Super wpis, naprawde fajnie się Pania czyta!! Pozdrawiam i czekam na wege przepisy!

Skomentuj Weganka91 Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]