Letnia sałatka

Lubicie drożdżówki? To jedne z moich ulubionych wypieków, ale sama nie piekę ich zbyt często. Po pierwsze, bez względu na proporcje zawsze wychodzi mi cała blacha rozkoszy, a ja jestem w stanie zjeść kilka bułeczek z rzędu, co w dłuższej perspektywie czasu może mieć katastrofalne skutki. Po drugie – w moim dwuosobowym stadku jedna osoba za nimi nie przepada (co logiczne, nie jestem to ja).
Drożdżówki wzbudzają emocje jak rodzynki w serniku. Niekórzy wolą drożdżowy puszek, inni wersję półfrancuską. Dużo kruszonki? Nie, bez kruszonki. Z serem. Obojętnie jaka, ale bez sera! Z cukrem kryształem. Z pudrem. Z lukrem – tylko z lukrem! Z owocami. Z owocami, ale bez truskawek. Z budyniem. Z kremem…
Pewne jest tylko jedno: drożdżówki muszą być idealne. Dla każdego ten ideał ma różną definicję – zupełnie jak w życiu. Mamy swoje przyzwyczajenia, lubimy co innego, liczą się dla nas inne priorytety. Stawiamy konkretne wymagania – od osób, zdarzeń, zamawianego w restauracji jedzenia. Mówimy: „To musi być takie a takie, nie inne”. I jeśli coś nam nie podpasuje, przepada z kretesem, a potem słuch o tym ginie…
Tak sobie myślę, że w drożdżówkach nieważna jest ilość okruchów (znam osoby, które porównują ciastka pod tym kątem) ani rodzaj „wsadu”, ale to, żeby były świeże, tyle co wyjęte z gorących piekarnikowych czeluści. Ciepłe, pachnące. Wtedy zawsze będą dobre! Nie toleruję bułek pieczonych poprzedniego dnia, a niektóre piekarnie próbują nam wmówić, że drożdżówki o suchawych brzegach są OK. Nie są. I zanim ktoś powie, że też stawiam warunki, dodam, że ta świeżość to dla mnie podstawowy wymóg. Do tego jakość składników – masło to crème de la crème większości ciastek, więc musi być go dużo i musi być dobre, tłuste. Maślane ciasto drożdżowe zasługuje na patetyczną odę… Do tego jajka wiejskie, śmietana, i tak dalej.
To samo, moim zdaniem, tyczy się życia. Musi być świeże, robione na bieżąco, a nie suche, sprzed kilku dni. Nie warto wyskakiwać przed szereg, żyć przeszłością, lepiej być tu i teraz. Warto też szarpnąć się na dobre składniki, a potem usiąść w spokoju i się nimi delektować. Lepiej otaczać się wartościowymi ludźmi i robić dobro, czyli rzeczy, które się kocha. Wtedy wszystko smakuje lepiej – i drożdżówki, i codzienność. Tak myślę.

Choć wszyscy macie teraz ochotę na drożdżówki, po przepis na ciasto odsyłam do innego wpisu (o tego: drożdżówki z truskawkami i morelowym dżemem). Dzisiaj będzie lekko, letnio – sałatkowo! Co powiecie na ekspresową sałatkę z melonem i szynką parmeńską? To ostatnio moje ulubione połączenie. Poza tym w te upały nikomu nie chce się stać przy garach – i wtedy z pomocą przychodzi zielenina, owocki i konkrecik.
Na ładnym talerzu układam młode listki (młody szpinak, łagodna rukola, botwinka). Melona Kantalupa kroję na pół, łyżką wydrążam miękki miąższ z pestkami (w środku zrobi się dziurka). Kroję jeszcze raz na pół i na plastry, z których wykrawam skórkę. Kawałki (po 4 plastry na talerz) skrapiam sokiem z jednej małej limonki, posypuję solą morską, pieprzem i szczyptą trzcinowego cukru, odstawiam, by smaki się przegryzły. Na suchej patelni prażę słupki migdałów (2 łyżki na porcję). Sałatę polewam odrobiną greckiej oliwy z oliwek, a kawałki melona owijam szynką parmeńską (plastry przekrawam wzdłuż na dwie części, nie przesadzam z grubością „panierki”). Owinięte owoce układam na sałacie, polewam sokiem z limonki, który został na desce, posypuję migdałami, świeżo startym Parmigiano Reggiano i polewam sosem balsamicznym (mam gotowy sos w butelce). Całość podaję z grzankami i popijam świetnie schłodzonym winem musującym.

A na deser? Drożdżówki. Ciepłe, miękkie, przepyszne… I tak przez cale życie!

____

lista składników na dwie porcje: młode listki (można kupić w Lidlu) – 4 garście, ćwierć melona Kantalupa – łącznie 8 plastrów, 4 plastry szynki parmeńskiej, limonka (sok), sól, pieprz, szczypta trzcinowego cukru, 4 łyżki startego sera Parmigiano Reggiano, 4 łyżki słupków migdałów, trochę gotowego sosu balsamicznego z butelki (do kupienia w Lidlu, lubię wariant z truskawkami), dobrej jakości bagietka albo chleb (warto je podpiec i zrobić tosty)

(Visited 54 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]