Żytni chleb na drożdżach

Każdy o czymś marzy.

Gdybyście spytali mnie o to miesiąc temu, powiedziałabym, że marzę o wydaniu własnej książki, otworzeniu małej restauracji i jakiejś niezobowiązującej podróży do Włoch.

Tak…

A teraz – jeśli w ogóle was to interesuje – teraz marzę o tym, żeby po prostu wyjść na spacer, przejść przez Stary Rynek, przebić się przez dzikie tłumy… Nigdy nie lubiłam tłumów, ale teraz bardzo za nimi tęsknię. Chce mi się płakać, kiedy widzę puste ulice i policyjny radiowóz przejeżdżający przez środek z włączonym głośnikiem. A wracając do mojego spaceru, poszłabym na Jeżyce i zatrzymała się w ulubionej kawiarni, a potem zjadła kawałek sernika i wypiła najlepsze cappuccino na świecie. Wszystko oczywiście w towarzystwie, w atmosferze pięknych planów i odwiecznych przekomarzanek. Na deser – zaraz po cieście – namówiłabym M. na teatr, kino albo jeszcze coś innego…

Teraz marzę o tym, żeby wyzbyć się cichego strachu ukrytego gdzieś na dnie żołądka – który towarzyszy mi przez cały dzień, a zwłaszcza wtedy, kiedy zaczynam czytać wiadomości z kraju i ze świata. Udaję, że wcale się nie boję, że przecież bez przesady, ale prawda jest nieco inna. Boję się. Boję się, bo nie wiem, czego się spodziewać. Boję się, bo nie mogę planować, a zawsze to robiłam. Boję się o bliskich, przyjaciół. Ale to tylko małe straszki. Najbardziej boję się tego, że już nigdy nie poczuję tamtej wolności – tej sprzed miesiąca.

Tymczasem siedzę przed piekarnikiem i patrzę, jak rośnie chleb. Lubię ten widok. Gładzę drewnianą podłogę i zastanawiam się, ile wchłonęła już zapachów, ile osób po niej chodziło i będzie chodzić. I tak sobie myślę, że damy radę. Że przetrwamy, a za kilka miesięcy pójdę na bazarek po truskawki i zjem je – jak zawsze późną wiosną – z ugotowanym na mleku ryżem.

I wszystko będzie dobrze.

***

Domyślam się, że bardziej niż na ryż czekacie na przepis na błyskawiczny chlebek, który długo utrzymuje świeżość. Piekę go regularnie (i za każdym razem obiecuję sobie, że podejmę wyzwanie i w końcu nastawię zakwas). Tymczasem przygotujcie standardową keksówkę: wysmarujcie ją oliwą i wysypcie mąką. Odłóżcie na chwilę.

Wsypcie do miski 300 g mąki pszennej (typ 550) i 250 g mąki żytniej (typ 720). Wymieszajcie, dodajcie czubatą łyżeczkę soli, szczyptę cukru i małe opakowanie suszonych drożdży (8 gramów). Wlejcie 380 ml letniej wody (używam przefiltrowanej) i na koniec dodajcie 2 łyżki oliwy z oliwek. Zagniećcie elastyczne ciasto (trochę to potrwa, ale zachowajcie spokój). Przełóżcie ciasto do korytka, przykryjcie ściereczką i odstawcie w ciepłe miejsce na dwie godziny. Nastawcie piekarnik na 200 stopni (termoobieg) i pieczcie 40 minut. Ostudźcie chleb na kratce i przechowujcie owinięty w ręczniczek.

Bądźcie zdrowi i dobrze jedzcie!

M.

____

lista składników: 300 g mąki pszennej typ 550, 250 g mąki żytniej typ 720, małe opakowanie suszonych drożdży (8 gramów), czubata łyżeczka soli, szczypta cukru, 380 ml letniej wody, 2 łyżki oliwy z oliwek

 

 

(Visited 152 times, 1 visits today)

7 myśli na temat “Żytni chleb na drożdżach”

  • Hej, opakowanie drożdży suszonych instant to znaczy ile? W dobie kryzysu drożdżowego zamówiłam duże opakowanie, wydaje mi się że 8 g, ale wolę się upewnić u źródła 😉 i zamiast mąki pszennej typ 550 mam 650 czy z takiej też wyjdzie? Pozdrawiam i dziękuję za przepis, to już kolejny, który wypróbuję 🙂
    P.s Uwielbiam Twoje wstępy czasami wchodzę nie tyle po przepis, chociaż są cudne, to po taki melodyczny wstępniak 😉

    • Standardowe opakowanie ma 8 gramów, zaraz uściślę we wpisie. Myślę, że z tej cięższej mąki (typ 650) też wyjdzie, chociaż zawsze piekę z lżejszej 🙂 Bardzo mi miło czytać takie komentarze! Od razu mam więcej zapału, żeby działać dalej, gotować, piec i pisać 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]