Po prostu pączusie

Wiosna przyszła bez świadków.

Kiedy wyludniały ulice i chodniki, na krzewach pojawiły się nabrzmiałe pąki. Jeszcze trochę i wybuchną pełnią kolorów przeplatanych soczystą zielenią. Małe stokroteczki niezdeptane łapami psów śmieją się z zielonego trawnika… Nikt ich nie zrywa, bo tylko dobry Bóg wie, co mają na malutkich płateczkach. Powietrze stało się czystsze, jeździ mniej samochodów, a tramwaje są prawie puste – wiem, widziałam z daleka. Kiedy wyjdę na spacer, wybieram rzadko uczęszczane ścieżki, idę brzegiem Warty i patrzę w jej brudną taflę. Gdybym nie wiedziała, że… to powiedziałabym, że mój świat zmienia się na lepsze.

Zawsze lubiłam planować: za dwa dni to, za miesiąc tamto, a za rok… I nagle wszystko się zmieniło, okazało się, że nie ma planów, których nie można przesunąć. Całe życie mówiłam, że nie wytrzymam bez ruchu, że ciągle muszę coś robić, załatwiać, gdzieś chodzić. I co? Siedzę w domu i żyję. Przekonaliśmy się wszyscy, że nie ogarniamy wszystkiego. Czasami nie dajemy rady, niektóre rzeczy mogą nas przerosnąć.

Nie ma w tym nic złego – tylko zostaje ta świadomość, gdzieś z tyłu głowy, że mimo wszystko świat kręci się dalej. Od kilku dni budzę się i myślę: „A może to był film i zaraz będzie jak dawniej…?”. Chyba nigdy nie będę już tak beztrosko planować, jak kiedyś. Tymczasem siedzę w domu i uczę się przesiewać informacje. Dbam o porządek w mojej głowie. I smażę pączki. Bo co zrobić z tym nadprogramowym wolnym czasem?

***

Te ślicznoty ze zdjęcia to nasze ulubione rodzinne pączki. Są „puste” w środku, to znaczy nie mają nadzienia (ale są chrupiące i utytłane w pudrze). Aby były puszyste i miały słynną złocistą obwódkę, trzeba im dać nieco czasu na wyrastanie – tyle i aż tyle.

Przesiewam 500 g mąki i dodaję do niej odrobinę soli. Podgrzewam 250 ml mleka i kiedy staje się letnie, rozpuszczam w nim drożdże i dodaję cukier (6 łyżek). Całość wlewam do mąki. Dodaję 5 żółtek, 50 g rozpuszczonego masła, odrobinę waniliowej esencji i startą skórkę z cytryny. Wyrabiam elastyczne ciasto i na koniec wlewam 2 łyżki spirytusu, ugniatam jeszcze chwilkę. Zostawiam do wyrośnięcia na jakąś godzinę.

Rozgrzewam olej – zawsze używam termometru cukierniczego, żeby mieć tłuszcz pod kontrolą (optymalna temperatura na pączki do 170-175 stopni). W tym czasie przekładam wyrośnięte ciasto na blat, dzielę na dwie części, wałkuję każdy z nich na płaty o grubości 5 mm i wycinam malutkie kółka (najmniejszą szklanką, którą mam w domu). Malutkie pączusie układam na omączonej desce albo blacie, przykrywam je ściereczką, żeby nie wyschły z zewnątrz. Daję im jeszcze 20 minut na podrośnięcie (to bardzo ważne).

A później zostaje tylko smażenie! Kontroluję wygląd pączusiów, korzystając z drewnianego patyka do szaszłyków. Pączki smażę po kilka minut z każdej strony (one same wiedzą, kiedy mają się odwrócić i robią to automatycznie). Wyławiam je cedzakową łyżką, odsączam na papierowym ręczniku z nadmiaru tłuszczu i tytłam w pudrze. Pyszności! Kto nie zjadł gorącego, chrupiącego pączka, nie poznał smaku czystej rozkoszy.

Uwielbiam ten przepis… To chyba wystarczająca rekomendacja?

Życzę nam wszystkim dużo siły, spokoju, zdrowia… I pączków.

___

lista składników: 500 g mąki pszennej, 250 ml mleka, 6 łyżek cukru, 25 g drożdży, szczypta soli, 50 g masła, 5 żółtek, łyżeczka waniliowej esencji, skórka otarta z jednej cytryny, 2 łyżki spirytusu, 3-4 litry oleju do smażenia, puder do obsypania pączków

(Visited 131 times, 1 visits today)

Jedna myśl na temat “Po prostu pączusie”

Odpowiedz na „BasiaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]