Lekkie tiramisu z jagodami

Tydzień temu kupiłam piękne, dorodne karczochy.

Spytacie: O, lubisz przyrządzać karczochy? Odpowiem: Nigdy w życiu nie robiłam karczochów. To miał być pierwszy raz.

Wróciłam z bazarku, ułożyłam podłużne główki w koszyczku z owocami i postanowiłam podjąć stosowne kroki. Sięgnęłam do mojej nowej (ale już ulubionej) książki kucharskiej Samin Nosrat i dokładnie przestudiowałam każdy akapit traktujący na temat ślicznych zielonych warzyw wyglądających jak okrągłe jeże z łuskami (jakkolwiek to brzmi). Obejrzałam rysunki, żeby dowiedzieć się, jak oddzielić listki i odciąć twardą końcówkę. Wbiłam sobie do głowy, żeby starannie oddzielić włókniste wnętrze, które jest niejadalne. Przestudiowałam przepisy z wykorzystaniem karczochów i po długiej analizie zdecydowałam, że nie będę ich gotować ani grillować, ale krótko podduszę je w winie i podam z makaronem.

Kupiłam ulubiony makaron i pęczek pietruszki. Kostkę parmezanu zawsze mam w lodówce – jestem pewna, że dzięki temu nic mnie nie zaskoczy.

Nadszedł przeddzień godziny zero. Zaplanowałam uroczystą kolację, przygotowałam pyszne, lekkie tiramisu bez grama cukru. Dodałam do deseru jagody i myślami byłam już przy karczochach – do tej pory znałam tylko smak tych marynowanych, podawanych na włoskiej pizzy i w sałatce. Byłam arcyciekawa, czy rzeczywiście są tak pyszne.

No i stało się – zabrałam się za wielką, wyczekiwaną kolację. Naostrzyłam noże. Przygotowałam makaron, rozgrzałam oliwę, poszatkowałam czosnek, starłam ser i posiekałam pietruszkę. Otworzyłam butelkę Chardonnay.

Zabrałam się za karczochy.

Zgniły.

Obydwa.

Byłam bliska łez, ale wzięłam dwa głębokie wdechy i pomyślałam, że tak kończy się zbyt długie zwlekanie i przerost formy nad treścią. Zamiast szybko przestudiować stosowne urywki książki i przygotować pyszny obiad w dniu, w którym przyniosłam karczochy z targu, patrzyłam na nie przez dziesięć dni. Zbierałam siły? Najwyraźniej. Karczochy mnie niestety przechytrzyły. Nie byłam pewna, czy włożyć je na grill, do rondla czy na patelnię? Cóż, wylądowały w koszu.

Puenta? Nie zwlekajcie z niczym. Nie odkładajcie na później ważnych decyzji, pysznych kolacji, pierwszych pocałunków i nowych książek. Nie czekajcie na wielki znak – działajcie od razu, bo inaczej coś niepostrzeżenie zepsuje się od środka i będzie się nadawało wyłącznie na kompost. I pamiętajcie, że nawet, jak coś nie wyjdzie, to w lodówce zawsze znajdzie się lekkie tiramisu z poprzedniego dnia.

I właśnie dlatego warto żyć!

***

Zrobienie tiramisu jest banalnie proste. Potrzebujemy cztery żółtka (kupujemy dobrej jakości wiejskie jajka i oddzielamy żółtka od białek), sześć łyżek erytrolu (może być również cukier, w tym przypadku cztery łyżki), odrobinę waniliowej esencji, skórkę startą z połowy cytryny, czubatą łyżkę dobrej jakości kawy rozpuszczalnej (użyłam Davidoff), 250 g mascarpone, opakowanie malutkich biszkoptów, trochę mrożonych jagód i kakao (ja o nim zapomniałam z łakomstwa). Ubiłam żółtka z erytrolem. Jakieś dziesięć minut później zaczęłam stopniowo dodawać do masy mascarpone (na wolnych obrotach). Na koniec wlałam trochę waniliowej esencji i dodałam skórkę. Masa będzie lekka i początkowo dość rzadka, ale zgęstnieje w lodówce.

Zaparzyłam kawę i zaczęłam moczyć biszkopciki. Układałam w pucharkach na przemian biszkopty nasączone kawą, masę, jagody, jeszcze raz biszkopty, masę i jagody. Wierzch powinien być oprószony kakao, ale ja – skleroza – zapomniałam i zjadłam bez. Tak i tak będzie pysznie, zaręczam!

___

lista składników na 4 lub 5 pucharków: malutkie biszkopciki (kupiłam w Rossmannie), 4 żółtka z wiejskich jaj, 250 g mascarpone, 6 łyżek erytrolu lub 4 łyżki cukru, odrobina esencji waniliowej, skórka z połowy cytryny, trochę mrożonych jagód (w sezonie idealne będą świeże owoce), czubata łyżka kawy rozpuszczalnej (użyłam Davidoff), kakao do oprószenia deseru

(Visited 62 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]