Klasyczny sernik ze śmietanką i malinami

Historia pachnąca tymiankiem – tak powinien brzmieć tytuł tego wpisu. I choć nie o roślinę w nim chodzi, zaczęło się jak zwykle – prosto, przyziemnie, bez fajerwerków.
Życiowo, można by rzec.
Kupiłam w markecie tymianek, a w domu włożyłam go do doniczki. Po chwili pomyślałam, że może powinnam go podlać – wlałam więc wodę do niedużej miski i siup, wsadziłam do niej plastikową doniczkę z otworami (to mój sposób pielęgnowania bazylii). Tymianek sobie popił, więc wrócił do swojego nowego lokum, a ja zaczęłam planować listę dań, które przyrządzę, szczodrze posypując je tym aromatycznym zielem.
Następnego dnia, kiedy wiedziałam, że mam ochotę na kurczaka w tymiankowym sosie z prawdziwą wiejską kremówką, tymianek zdecydował się przyjąć pozycję horyzontalną. Zdechł tak bardzo, że bardziej z pewnością się na da: przybrawszy barwy czerni, padł na stole i leżał.
Jestem uparta i nie poddaję się tak łatwo, więc zacisnęłam zęby, wyniosłam obraz nędzy i rozpaczy na śmietnik, po czym udałam się do pracy. Po południu postanowiłam przystąpić do działania i zakupić w konkurencyjnym markecie kolejną doniczkę tymianku – z pewnością bym to uczyniła, gdyby nie fakt, że tymianku niestety nie było.
Podobnie jak w drugim, trzecim i czwartym sklepie.
Normalny człowiek zrezygnowałby przy drugim podejściu, we mnie natomiast wstąpiła dusza wojownika (nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła na obiad tego, co zaplanowałam – zresztą, miał mnie pokonać TYMIANEK?). No i ostatecznie nabyłam, co chciałam (na drugim końcu Poznania).
Indyk wyszedł znakomity, to fakt (przepisem podzielę się niebawem).
Rzecz dotyczy jednak dalszej uprawy rośliny. Postanowiłam jej nie podlewać: na przekór poprzedniemu okazowi. I rzeczywiście, szczędząc wody przepękaliśmy dwa dni, a potem tymianek gwałtownie zasechł.
Przyznam, że to wydarzenie lekko podkopało moją pewność siebie: oto trafił się temat, któremu nie podołałam. Zaczęłam rozpytywać wśród znajomych ogrodników, wczytywać się w stosowne artykuły – dość rzec, iż nie dowiedziałam się niczego konstruktywnego. I wtedy trafiłam na panią w osiedlowym warzywniaku, która zamówiła dla mnie tymianek z „pewnego źródła”. Ludzie! On pięknie rośnie od dwóch tygodni! On nie więdnie! Ileż już sosów z nim zrobiłam!
Morał z tej historii jest prosty: jeśli chcesz wyjść na czymś dobrze, nie żałuj na porządnych składnikach. Jeśli chcesz wyhodować imponujący tymianek, kup piękną roślinkę – jeśli chcesz zjeść smaczny obiad, kup dobre warzywa, świeże mięso, prawdziwy nabiał. Coraz bardziej wierzę w jakość, coraz bardziej przekonuje mnie naturalność i prawdziwość – o ile mam podstawy, by zakładać, że o prawdziwą prawdziwość tu chodzi.
***
Jeśli chcesz mieć dobry sernik, kup dobry ser – to stwierdzenie nasuwa się po prostu SAMO. Tak też zrobiłam w sobotę: udałam się do małego sklepiku, którego właściciele wspierają lokalnych rolników i producentów, by skorzystać z dostawy nabiału. Zakupiłam pół kilograma wiejskiego półtłustego twarogu i słodką śmietankę 30% oraz malutki koszyczek malin. Wracałam do domu bardzo szczęśliwa, bo kocham piec ciasta – jest to miłość szczera i odwzajemniona, bowiem wypieki (przeważnie) całkiem dobrze mi wychodzą. Zmieliłam ser blenderem, bo nie mam maszynki (zrobiłam to raczej niedbale). Utarłam w robocie 120 g masła z trzema żółtkami, dodając stopniowo 3/4 szklanki cukru. Do sera dodałam żołciutką masę (jajka były oczywiście wiejskie), 2 łyżki mąki ziemniaczanej i 80 ml prawdziwej wiejskiej śmietanki (30%). Czy widać jakąś różnicę między śmietaną sklepową a wiejską? Oczywiście! Ta druga jest gęsta i żółta, smakuje jak milion dolarów, a sosy na jej bazie wychodzą… niebiańskie. Więc jeśli możecie – kupujcie ekologiczną, wiejską, w małych sklepikach z żywnością produkowaną na małą skalę (moja śmietanka pochodziła z gospodarstwa ekologicznego Mariana Nowaka). Wracając do masy sernikowej, na koniec dodałam do niej pianę z ubitych białek. Całość piekłam 50 minut w 170 stopniach (termoobieg), przy czym podaję proporcje na malutką tortownicę (przy standardowych dwudziestu kilku centymetrach średnicy trzeba podwoić składniki).
Sernik urośnie, a po wyjęciu z pieca opadnie – nie martwcie się. Kiedy przestygnie, ubijcie odrobinę śmietanki (na oko 20 ml), by zakryć nią wierzch (kolejna rzecz: wiejska śmietana pięknie się ubija i sztywnieje bez dodatku żelatyny, na drugi dzień efekt będzie doskonale widoczny). Całość udekorowałam ostatnimi w tym sezonie malinami – i gotowe!
To moja wersja klasycznego polskiego sernika bez spodu – spróbujcie koniecznie, bo warto!
___
lista składników: 500 g sera wiejskiego, 100 śmietanki kremówki (20 ml odlać do dekoracji), 3/4 szklanki cukru, 3 jajka od kur z wolnego wybiegu (żółtka i białka osobno), 120 g masła, 2 łyżki mąki ziemniaczanej
do dekoracji maliny

 

(Visited 77 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]