Wegańska tarta na bogato

Gdybym zakładała, że było jakieś poprzednie życie, mam pewność, że spędziłam je jako kot albo bateria słoneczna. Kocham słońce i zawsze chodzę swoimi ścieżkami – bezwzględnie.
Kiedy robi się chłodno, od razu wpadam w depresję i mam wszystkiego dosyć – denerwuje mnie kształt chodnika, więdnąca fuksja i nieświeża drożdżówka z zachwalanej przez znajomych piekarni (stare drożdżówki to zbrodnia – osoby, które je sprzedają, powinny trafiać do więzienia). Cieszę się więc, że powróciła do nas złota polska jesień – z naciskiem na „złota” i „polska”. Szuram w suchych liściach (złotych), spaceruję po parkach (polskich, a jakże) i zajadam się skarbami jesieni: śliwkami (wchodzą jak złoto), grzybami i gruszkami, no i malinkami (są tak drogie, że delektuję się każdą sztuką, haha).
Kiedy zastanawiałam się, o czym Wam dzisiaj opowiedzieć, do moich uszu trafiła zabawna, choć dająca do myślenia historia. Czy pasuje do jedzenia? Nie wiem. Ale wiem, że nie wyobrażam sobie życia bez trzech rzeczy: miłości, jedzenia i słów (a te, jak wiadomo, składają się na historie).
Więc wyobraźcie sobie starsze małżeństwo, które mieszka tuż obok kościoła. Pan czuje się źle, więc pani wzywa pogotowie. Przyjeżdżają sanitariusze i decydują, że biorą pacjenta do szpitala. Kładą go na noszach i znoszą ze schodów, a on w połowie drogi – dokładnie w bramie kościoła – ma zawał. Akcja ratunkowa przebiega sprawnie, ale pan nie reaguje na działania medyków. Wszystkiemu przygląda się żona – patrzy spokojnie i lekko przechyla głowę, jakby w ogóle nie docierało do niej, co się dzieje. I nagle – hurra – pan zaczyna kaszleć i krztusić się. Sanitariusze uwijają się jak w ukropie i cieszą się, że udało im się uratować kogoś, kto przez kilka minut był po drugiej stronie, aż nagle odzywa się żona:
– Jakiś taki blady jest, nie?
Tak sobie myślę, że chciałabym czasami być tak bardzo nieświadoma, jak ta pani.
***

A co do jedzenia – dziś zapraszam na wegańską tartę z galaretką orzechową, bitą śmietanką kokosową i owocami, które wciąż można kupić na targu: malinami i borówkami. To tak naprawdę deser bez pieczenia, który pokochają wszyscy, a szczególnie alergicy mający z wypiekami pod górkę. Podczas moich kuchennych poczynań miałam pod ręką aparat i działałam sprawnie jak każda kobieta, która potrafi wykonywać trzy rzeczy jednocześnie – mieszałam galaretkę, ubijałam śmietankę z kokosa i pstrykałam, a co! Dzięki temu poniżej znajdziecie sporo zdjęć półproduktów – może niektórym śmiałkom trochę ułatwi to zapędy cukiernicze. Od razu zaznaczam, że deser jest pyszny, wyraźnie kokosowy, czekoladowy, orzechowy i owocowy, ale nie ma twardego spodu charakterystycznego dla tart – trzeba go ostrożnie nakładać szpatułką do tortu, żeby zachował warstwy. Zaręczam, że całość komponuje się mistrzowsko, a co najważniejsze – nie ma tu glutenu, cukru ani laktozy. Da się!

Informacje na początek: mleczko kokosowe powinno być mocno schłodzone – ja trzymam je w lodówce ok. dwa dni przed ubijaniem. Najlepiej kupić takie, które będzie miało lepszy skład niż to, którego użyłam – miałam w domu tylko Lidlowskie i takiego użyłam (z pewnością dostrzeżecie je na zdjęciu), ale nie idźcie tym tropem. Wolę lepsze mleczka, z prostym i krótkim składem (przyznaję się bez bicia, że zapomniałam kupić moje ulubione Real Thai i nie miałam czasu biec po kolejną puszkę). Ogólnie szczerze polecam przykładać wagę do jakości rzeczy, które lądują na naszych talerzach, wtedy wszystko smakuje lepiej – nawet makaron z pomidorami 🙂

Zaczynamy od pierwszej warstwy: czekoladowo-daktylowej. W małym pojemniczku umieszczam 16 suszonych daktyli, dodaję czubatą łyżeczkę kakao i zalewam to wrzątkiem (woda powinna sięgać ciut przed poziom daktyli). Zostawiam do namoczenia na ok. pięć minut. Po tym czasie dodaję czubatą łyżkę kremu orzeszkowego i blenduję całość – używam kremu orzechowego z Biedronki, takiego jak na zdjęciu. Ma doskonały skład – to krem, a nie masło (zwróćcie na to uwagę podczas zakupów). Całość wykładam na formę do tarty o średnicy 22 cm.

Następna warstwa: oddzielam śmietankę kokosową od wody, to znaczy otwieram puszkę (400 ml) i delikatnie odlewam z niej wodę (do małego rondelka!). Twarda biała część to śmietanka, którą miksuję na wysokich obrotach z pudrem z ksylitolu (80 g, po prostu rozdrabniam kryształki ksylitolu).

Wodę kokosową łączę z dwoma łyżkami kremu orzechowego (tego samego, co wcześniej) i łyżeczką ksylitolu. W osobnym garnuszku rozpuszczam łyżeczkę agaru (to roślinna substancja zagęszczająca odpowiednia dla wegan, jeśli stosujecie żelatynę, możecie jej użyć) i zagotowuję go, a następnie łączę z wodą i kremem (agar najpierw rozpuszcza się w czymś zimnym, a dopiero potem zagotowuje).

Teraz sprawa jest prosta: na spód czekoladowo-daktylowy wykładamy orzechową galaretkę (będzie szybko gęstniała) i na nią ubitą śmietankę, a na górę owoce (borówki oraz maliny) i deczko kruszonego kakao. Tyle! Cały przepis jest prosty do wykonania – rozpisałam się, żebyście mieli łatwiej.

Zostawiam was z wegańską, wybitnie pyszną tartą – i refleksją ze starszym małżeństwem w tle…

___

lista składników: 16 suszonych daktyli, łyżeczka kakao w proszku, krem orzeszkowy z Biedronki (zużyjecie 1/3 opakowania), mleko kokosowe w puszce – 400 ml – polecam Real Thai, ksylitol (ok. 100g), agar (łyżeczka) lub ewentualnie żelatyna (ale uwaga, tarta nie będzie wtedy wegańska), trochę malin i borówek, kruszone kakao

 

(Visited 383 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]