Szybkie placuszki kukurydziane

Szybkość – to synonim dzisiejszego świata.
Wszystko musi odbywać się błyskawicznie, wszystko trzeba robić od razu, natychmiast, bez zastanowienia, bez najmniejszej nawet refleksji. W pracy i życiu prywatnym odpychamy kolejne rzeczy, piszemy wiadomości, dzwonimy, biegamy tu i tam, kręcimy się w kołowrotku codzienności i nie potrafimy się zatrzymać. Kawa? Owszem, ale błyskawicznie, dlatego wskazany jest ekspres, który będzie miał kilka guzików. Wciskamy odpowiedni przycisk i już, przecież nie ma czasu! Najlepiej, żeby sprzęt miał jeszcze system samoczyszczący i samonapełniający, a ziarna trafiały ze specjalnego dystrybutora – to pozwoliłoby dodatkowo zaoszczędzić kwadrans lub dwa. Myślę, a nawet jestem pewna, że prace nad takim „dodatkiem” już trwają!
Zakupy? Byle szybko! Oczywiście ci, którym zależy na setnych sekundy nie idą, lecz jadą samochodem do najbliższego marketu (gdzie wszystko jest razem: warzywa, pieczywo, mięso, nabiał, chemia…). Na alejce w sklepie nie ma litości: jedziemy po trupach do celu. Sprawdzi się lista opracowana w dobrej kolejności, by nie tracić cennych minut na bieganie między półkami.
Praca? O tak! Im więcej, tym lepiej. Po co się ograniczać? Najlepiej wziąć na siebie trochę ponad miarę, a jak się człowiek przyzwyczai, to jeszcze więcej. Szkoda, że z tego założenia wychodzą już nie tylko pracodawcy, ale i… pracownicy.
Siłownia? To modne, więc można, ale najlepiej na jedną z tych najnowszych, gdzie spędza się jakieś pół godziny. Szybkie życie, szybki trening – niech maszyny policzą czas, niech ktoś powie, co mam zrobić, bo sam się nie odnajdę. Bieganie między drzewami? Eee, to dobre dla nudziarzy!
Spacer? Nie ma czasu! Po co chodzić? Ale jeśli trzeba, to przecież nie bądźmy staroświeccy! Można wziąć elektryczną hulajnogę. Jechać tramwajem. Autobusem. Samochodem. Jest tyle możliwości!
Mogłabym tak długo, ale… po co? Wszyscy wiedzą, o co chodzi. Nie chciałam nikogo skrytykować – bo siebie też bym skrytykowała (pod pewnymi względami). Po prostu żyjemy w zwariowanych czasach, który wymaga od nas pełnego zaangażowania 24 godziny na dobę. Sama przyłapuję się na tym, że robię wszystko za szybko, praktycznie od razu. Dlaczego tak bardzo zależy nam, by WSZYSTKO robić w zawrotnym tempie, zaczynając od śniadania, a kończąc na spacerze?
Jak sobie z tym radzić? Mnie dobrze zrobił wyjazd w góry i detoks od komórki. Nie sięgnęłam po nią przez kilkadziesiąt godzin – nawet nie potraficie sobie wyobrazić, ile zaoszczędziłam w ten sposób minut! Patrzyłam na płynące strumienie, łaziłam szlakami, jadłam i spędzałam czas w towarzystwie ludzi, których kocham. Było pięknie! Nigdzie się nie spieszyliśmy, po prostu celebrowaliśmy weekend. A po powrocie kupiłam kawiarkę. To mały dzbanuszek składający się z kilku części, które trzeba myć po każdym zaprzeniu. Do tego młynek… I teraz robię kawę przez 5 minut, a nie przez 30 sekund. I powiem wam, że to najlepsza kawa, jaką kiedykolwiek piłam. Serio.
Kupmy sobie takie kawiarki do celebrowania życia.
***

Paradoks polega na tym, że przepis jest błyskawiczny… Ale pyszny! To kukurydziane placuszki, które jem ostatnio w hurtowych ilościach. Smażę je wieczorem i zabieram do pracy. Do tego sos jogurtowy i sałatka – tak można żyć!
Polecam wam kupić świeżą kukurydzę (jedną kolbę). W końcu sezon kukurydziany trwa i trzeba go wykorzystać! Dla mnie różnica w smaku jest kolosalna, ale ostatecznie kolbę można zastąpić kukurydzą z puszki (koniecznie trzeba ją odsączyć na sicie, zostawiając na ok. pół godziny). W tym przypadku warto poświęcić trochę czasu (tak odnośnie do tego, co napisałam wyżej) i jeśli tylko jest taka okazja, sięgnąć po świeże warzywo. Kolbę wkładam do dużego gara (obieram oczywiście z zielonych liści, jeśli są) i posypuję odrobiną cukru (pół łyżeczki). Zalewam zagotowaną wodą i gotuję 10 minut, odcedzam wodę i zostawiam do ostygnięcia.
W misce mieszam 40 g mąki kukurydzianej z 80 g mąki pszennej, do tego dodaję 4 g suchych drożdży, szczyptę soli (do smaku) i pół łyżeczki pieprzu cytrynowego. Wlewam 200 ml mleka sojowego (sprawdzi się też krowie i jakiekolwiek inne) oraz dodaję pokrojony drobno szczypiorek (pół pęczka). Kukurydzę ścinam nożem, oddzielam ziarna (z grubsza) i dodaję do masy. Mieszam i smażę na lekko natłuszczonej patelni.
Podaję z sosem jogurtowym (jogurt naturalny, sól i pieprz do smaku, trochę szczypiorku) oraz sałatką (rukola, pomidorki, ogórek, podprażone ziarna słonecznika, sos balsamiczny). Placuszki są pyszne: delikatne, miękkie, niezwykle smaczne. Są też leciutkie jak piórko: nie zawierają tłuszczu! I tak, nie dodaję do nich jajek, dzięki czemu nie rozwalają się podczas smażenia. Przepis można łatwo zmodyfikować i uczynić bezglutenowym, a ci, którzy dodadzą napój roślinny i zrezygnują z sosu, otrzymają danie wegańskie. Polecam, kukurydziane racuszki są wspaniałe – tak, jak celebrowanie życia i wyjazdy w góry.
___
lista składników: kolba kukurydzy (lub puszka, ale tylko w ostateczności), 40 g mąki kukurydzianej, 80 g mąki pszennej, 4 g świeżych drożdży, szczypta soli do smaku, 1/2 łyżeczki cytrynowego pieprzu, 200 ml napoju roślinnego lub mleka krowiego, pół pęczka szczypiorku (drobnego), olej do smażenia (albo masło klarowane)

(Visited 68 times, 3 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]