Kotleciki z cukinii

Choć w dzisiejszym przepisie króluje cukinia, zacznę od… gofrów.
Tak, kupiłam gofrownicę, i tak, będę uszczęśliwiała was wspaniałymi przepisami na gofry. W międzyczasie wpadnie jeszcze świeża cukinia i w ogóle będzie się działo, będzie świetna zabawa.
A jeśli jesteśmy przy świetnej zabawie, dam wam radę, która pozwala zaoszczędzić mnóstwo czasu w kuchni. Ma ona ścisły związek z goframi, a także bitą śmietaną.
Radę tę należy przestrzegać bezwzględnie, nie ma tu żadnych wyjątków: czytajcie instrukcje sprzętów kuchennych.
Więc po kolei: po gofrownicy, która stanęła w honorowym miejscu w kuchni, szybko zamówiłam syfon do bitej śmietany. To było moje małe marzenie: nie wiem, czy jesteście w temacie, ale syfonem można wyczarować takie kleksy śmietany, jakiej nie osiągnięcie żadnym robotem ani mikserem. Piękne, puszyste, kremowe obłoczki na maślanych waflach to mój największy przysmak. Postanowiłam, że nie będę więcej czekać na nie cały rok (wiadomo, jeśli gofry, to morze, a jeśli morze, to wakacje, jeśli zaś wakacje, to raz na 12 miesięcy i niestety na krótko).
Syfon przyszedł szybko. Byłam niesamowicie podekscytowana, wprost trzęsły mi się ręce z niecierpliwości. Zaniechałam czytania instrukcji. Usmażyłam gofry na maśle. Były ślicznie: złociste, chrupkie, idealne (tajemnicą chrupiących wafli jest duża moc gofrownicy, ale o tym opowiem wam w kolejnych wpisach). Wzięłam nabój do syfonu (urządzenie do ubicia śmietanki potrzebuje dawki podtlenku azotu – ot cała tajemnica) i sprawnie wkręciłam go w odpowiednie miejsce. Miałam kiedyś krótki incydent z pracą w kawiarni, więc BYŁAM PEWNA, że  COŚ PAMIĘTAM i przecież TO TAKIE ŁATWE. Coś lekko zasyczało. Uznałam, że to normalne, nałożyłam końcówkę (odpowiednik tylki w rękawie cukierniczym). Byłam gotowa, ale szybko się zorientowałam, że zapomniałam o śmietance. Pogratulowałam sobie sprytu: wcześniej włożyłam ją do zamrażarki, by była odpowiednio zimna. Bez skrępowania odkręciłam nasadę syfonu, znowu coś zasyczało, wlałam spokojnie śmietankę i nałożyłam górę.
Najpierw nie stało się nic, a z końcówki wyleciał wąski biały strumień. Zdążyłam się rozczarować. Zniechęcona, spojrzałam do instrukcji: ach, najpierw śmietana, potem nabój, a potem nie odkręcamy, bo się ulotni azot. Cóż było zrobić: świadoma błędów, nałożyłam drugi nabój.
Nacisnęłam rączkę.
NIGDY wcześniej nie widziałam TAKIEGO wybuchu. Po dwóch turach z nabojami śmietana wybuchła więcej niż widowiskowo. Uniosła się do góry niczym wielka pieczarka, a potem opadła wszędzie: na oknie, podłodze, zlewie i na mnie. Suchy pozostał tylko gofr!
Chciało mi się płakać, ale cóż: moja wina, za późno przeczytałam instrukcję. Grzecznie posprzątałam (trwało to godzinę) i postanowiłam, że to ostatni raz. No bądźmy dorośli! Trochę cierpliwości! (Nigdy, przenigdy nie byłam cierpliwa. I boję się, że już nie będę.)
***
Wróćmy tymczasem do cukinii: co powiecie na bezmięsne, chrupiące z zewnątrz i mięciutkie w środku kotleciki? Jem je od kilku tygodni, zestawiając z podsmażonymi z kminkiem ziemniaczkami i sałatą z kwaśną śmietaną. Genialne połączenie! Podrzucam wam przepis – szybki w wykonaniu i prosty, a przy tym bajecznie tani, jeśli policzy się koszt wykonania.
Zaczynamy od ugotowania w szklance bulionu 1/3 szklanki kaszy jaglanej z jedną dużą marchewką startą na grubych oczkach. W tym czasie szatkujemy drobno średnią szalotkę i ścieramy średnią cukinię na tarce (ze skórką, grube oczka). Cukinię starannie odciskamy, można wykorzystać do tego tetrową pieluchę (nie muszę chyba mówić, że musi być nowa?) lub bawełnianą (świeżą) ściereczkę. Przekładamy do miski odciśniętą cukinię i szalotkę; wbijamy jajko, dodajemy 3 łyżki kaszy manny i 3 łyżki mąki (użyłam pszennej). Do tego pół łyżeczki pieprzu cytrynowego i trochę soli, a także lekko przestudzona masa jaglano-marchewkowa. Mieszamy całość. Do drugiej miski wsypujemy bułkę tartą. Z masy formujemy kulki, wkładamy je do bułki i dopiero po obtoczeniu w okruchach delikatnie spłaszczamy. Trzeba przy tym trochę uważać, bo masa jest lekka: nie radzę dodawać mąki, bo kotleciki będą twarde. Jeśli zachowacie ostrożność, a do przekładania kotlecików z deski na patelnię użyjecie łopatki silikonowej, wszystko będzie cacy.
Rozgrzewamy olej i smażymy kotleciki z dwóch stron, po ok. 3 minuty z każdej. Podajemy z ulubionymi dodatkami, u mnie zawsze są to ziemniaczki z kminkiem i sałata z masłem.
To danie dobre dla niecierpliwych… i tych, którzy upolowali ładną cukinię na targu!
___
lista składników na kotleciki: 1/3 szklanki kaszy jaglanej, szklanka bulionu, duża marchewka, średnia cukinia (ok. 200 g), szalotka, jajko, 3 łyżki kaszy manny, 3 łyżki mąki pszennej, pieprz cytrynowy (1/2 łyżeczki), trochę soli; bułka tarta i olej do smażenia

(Visited 83 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]