Gdańsk kulinarnie

Jechałam tramwajem, kiedy zmroziło mnie do szpiku kości: przecież obiecałam Wam napisać o Gdańsku! O losie! O krótka pamięci! O sklerozo!
Postanowiłam, że Wam to wynagrodzę, więc na blog trafią OD RAZU dwa wpisy. Ha, jak szaleć to szaleć!
Zacznijmy od tego, że nigdy w Gdańsku nie byłam, to był mój pierwszy raz. Wybraliśmy pociąg, który jechał po 5 rano, więc na miejscu byliśmy o 8. Wsiedliśmy do tramwaju i pojechaliśmy na śniadanie, bo byliśmy wściekle głodni. Sprawdziłam wcześniej, gdzie warto udać się na pierwszy posiłek i padło na Marmolada Chleb i Kawa. To przyjemne, licznie odwiedzane miejsce, w którym zjedliśmy tosty francuskie z domowej chałki. Ja postawiłam na słodkie dodatki: prażone jabłko, ziarna granatu i słony karmel. M. wziął oczywiście wersję wytrawną (po latach dowiedziałam się, że z ciast najbardziej lubi gofry z bekonem i jajkiem). Na jego talerzu królowały tosty z szynką, ogórkiem, który okazał się konserwowy, serem, pomidorkami i jajkami w koszulce. Do tego kawa – i zjedliśmy przyjemne, choć niekoniecznie spektakularne śniadanie. Powiem tak: było bardzo dobre, ale w Poznaniu oferta śniadaniowa jest dużo ciekawsza. Wiem, że nie powinnam tak pisać, skoro odwiedziłam tylko jeden lokal, ale sugeruję się tym, iż ma najlepsze opinie w internetach.

 

Tosty, tosty, tosty – dużo tostów

 

Później łaziliśmy tu i tam, pozachwycaliśmy się Parkiem Oliwskim i tamtejszą katedrą, gdzie mieliśmy okazję posłuchać koncertu organowego. Po godzinie w końcu trafiliśmy na starówkę i tu przepadłam bezgranicznie: do teraz jestem otumaniona jej ogromem i urokiem starych kamieniczek. Łaziłam jak pijany zając, wodząc oczami gdzieś wysoko ponad głowami ludzi. Spacerowaliśmy długo i widzieliśmy sporo: bazylikę, ratusz, Fontannę Neptuna, Dwór Artusa. Na liście znalazł się też Żuraw – inaczej być nie mogło! Odpoczęliśmy nieco na schodkach z widokiem na przepływające statki i poczuliśmy, że czas na obiad.
Choć zaplanowaliśmy inne miejsce, ostatecznie padło na Cała Naprzód. Sam widok rozciągający się z tarasu restauracji jest wart wszystkich pieniędzy – fenomenalna panorama Gdańska i możliwość oglądania pływających stateczków działały na mnie kojąco. Było cudnie, a zrobiło się jeszcze cudniej, kiedy zaczęliśmy jeść. Ale po kolei. Zaszaleliśmy! Na początek wjechały przystawki: placki ziemniaczane z wyborem wędzonych ryb i dodatkami, a także pierogi rybne w bulionie. Dzieliliśmy się wszystkim na pół. Bardziej smakował mi bulion, ale tylko dlatego, że wędzony łosoś był grubo krojony i trochę mi to przeszkadzało (M. piszczał z zachwytu, więc wiecie – ja nie przepadam za wędzonymi rybami, przepraszam). Obiad przyszedł w chwilę po przystawkach – oczywiście na nogach kelnera! Mieliśmy gulasz z sarny, kluseczki śląskie i ogórki, a także sandacza saute z puree z pietruszki i sosem z grzybów leśnych. Wszystko było pyszne.

 

Jak długo można stać i patrzeć na Żurawia?

 

Po obiedzie dzielnie rozchodziliśmy zjedzone kalorie, w międzyczasie troszkę popadało. Robiliśmy zdjęcia, łaziliśmy bez celu, trzymając się za ręce – to najlepszy sposób spędzania wakacji, jaki znam. A potem przeleźliśmy przez most i trafiliśmy na drugą stronę Gdańska. tu również nieco pospacerowaliśmy. A potem odkryliśmy kawiarnię, do której mogłabym jechać drugi raz. Nawet w tej chwili, serio. UMAM to miejsce IDEALNE – od A do Z. Wspaniała, miła obsługa kelnerska, nowoczesny design, wyborna kawa (najlepsza, jaką piłam). Ale przede wszystkim TE ciastka. To małe cudeńka! A najlepsze, że choć wyglądają jak eksponaty w muzeum sztuki nowoczesnej, powstają według tradycyjnych receptur. Tę najwyższą jakość czuje się w każdym kęsie. Tu nie ma ściemy, tu są składniki najlepszej jakości. To się wie. Ja, mały krytyk kulinarny, zachwycałam się wszystkim, każdym szczegółem. Czekoladowa polewa była mistrzowska, kruche ciasto było kruche i maślane, ale ustępowało pod widelczykiem. Śmietanka z wanilią była SZTOSEM. Sernik z ricotty – takowoż. A rabarbarotka… O Boże, to było najlepsze ciastko, jakie jadłam!

 

Serniczek z ricottą i kleksem śmietany z wanilią

Rabarbarotka raz!

Co jak co, ale najbardziej liczy się wnętrze

Kruche ciasto – mistrzostwo, czekolada – sztos, śliwka – idealna kompozycja 

 

Piszę o tym i ślinka napływa mi do ust. Zerknijcie tylko na te zdjęcia! No proszę ja was! Mieliśmy na stole 3 ciacha: wspomnianą rabarabarotkę, sernik z ricotty ze śmietaną i czekośliwkę. Błyszcząca różowiutka kuleczka skrywała pod spodem wyborne ciastko, masę słodko-kwaśnego rabarbaru i coś jeszcze. Czekośliwka zawierała to najlepsze kruche ciasto, o którym już pisałam, masę śliwkową, chrupki i doskonałą czekoladę. Serniczek był genialny w swej prostocie: ciasteczko cytrynowe, masa z ricotty i śmietana. Tak, ta śmietana z wanilią.
Niedługo później musieliśmy już wracać, a ja w pociągu śniłam o UMAM. To miejsce, do którego trafia się raz, a potem wiernie się do niego wraca. Ja wracać będę na pewno. Do Gdańska i do UMAM. W dowolnej kolejności!

 

Patrzę w dal i tęsknię za Gdańskiem…
(Visited 58 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]