Rogaliki dla mamy

Usłyszałam kiedyś, że być mamą to nieustannie się o kogoś martwić.

Sądzę, że to prawda.

Słowo „martwić” nie ma w sobie nic pozytywnego: martwić się to spędzać długie godziny na myśleniu o mało przyjemnych rzeczach, to snuć makabryczne wyobrażenia o tym, co mogło i może się stać, to rozważać nad niezbyt przyjemnymi sytuacjami, które (niestety) się wydarzyły. I mamy rzeczywiście tak mają, że martwią się nieustannie, bo kiedy jedne troski znikną, pojawiają się kolejne.

Zaczyna się niewinnie: pojawia się mały człowiek. Najpierw dopada zmęczenie, później zaczyna się frustracja rzeczywistością, a notoryczny brak czasu (i snu) dobija coraz bardziej. Jakoś rekompensują to pierwsze uśmiechy, malutkie paluszki owijające się wokół maminego palca, delikatne usteczka i inne cudowności. Ale nie ma lekko – i zmartwień nie brakuje. Tu dziecko płacze, bo boli, tu głodne, a tam niezadowolone. A mama – niestety – niezadowolona być nie może, bo nikogo nie obchodzi, że ma dość i weźcie się wszyscy pocałujcie wiadomo gdzie.

Później jest gorzej – jeśli chodzi o zmartwienia. Bo wychowywanie dziecięcia to radość i szczęście, ale również wielka lekcja altruizmu. Moja mama jest tutaj mistrzynią – i wiem, że nie jest jedyna. To jeden z najlepszych ludzi, jakich znam – i idealny materiał na mamę.

Przede wszystkim była zawsze. Robiła kolorowe kanapki, oddawała najładniejsze truskawki, odmawiała przyjemności sobie, żeby zrobić przyjemność dziecku(nigdy na odwrót). Czytała kolejne bajki, choć słaniała się ze zmęczenia; wspierała u dentysty i mówiła, że gdyby mogła, dałaby sobie wyrwać zęby za mnie, ale nie może (!). Kupowała ptysie w ulubionej cukierni na końcu miasta, bo inne tak nie smakowały. Nie kupowała ubrań sobie, ale nigdy nie odmówiła mi droższej bluzki czy sukienki. Tłumaczyła świat, choć miała ochotę odpocząć, poczytać przerwaną książkę czy porozmawiać z tatą. Piekła ulubione rogaliki, na zawołanie gotowała mleczny ryż. Czekała na mnie po szkole, a w zanadrzu miała coś dobrego do jedzenia. Trzymała mnie mocno za rękę, kiedy gdzieś szłyśmy – i wiem, że trzyma do dzisiaj, gdziekolwiek rzuca mnie los.

Ten cały kontekst, wszystkie zmartwienia i trudności widzę dopiero dzisiaj. W tym banalnym stwierdzeniu, że być mamą to nieustannie się o kogoś martwić, zawarła się niejedna historia, a na pewno moja. Te zmartwienia nie skończą się nigdy, one pogłębiają się razem z upływającym czasem – i za te zmartwienia chciałabym podziękować. Nic więcej zrobić nie mogę, ale wiem, że mamy nie żałują, tylko dzielnie otaczają swoje dzieci miłością. Ja doświadczyłam jej aż nadto i mam nadzieję, że kiedyś będę choć odrobinę tak kochana i doskonała, jak moja mama.

Mamo, dziękuję – chciałabym, żebyś teraz trochę sobie od tych zmartwień odpoczęła. Postaram się żyć tak, jak mnie uczyłaś – dobrze i mądrze. Nie będę broić! Będę sprzątać zabawki, ścielić łóżko i trzymać się z dala od ostrych rzeczy. Nie wejdę więcej do szafki w łazience i wdrapię się na ostatni szczebel drabiny. Odrobiłam lekcje z zachowania! Na pewno sobie poradzę, a Ty odpocznij od maminych zmartwień i ciesz się maminą dorosłością. Rozkoszuj się czytaniem kolejnych książek i pieczeniem ciast, na które to TY masz ochotę, a nie DZIECKO. Będę szczęśliwa, kiedy będziesz uśmiechnięta, zrelaksowana. Bardzo Cię kocham i dziękuję, że zechciałaś się o mnie pomartwić!

M.

***

Dzień Mamy nie mógłby obyć się bez czegoś pysznego, dlatego postanowiłam zrobić malutkie rogaliki – półkruche, drożdżowe, bez nadzienia, ale z solidną warstwą pudru. Takie rogaliki KONIECZNIE potrzebują pysznej konfitury – osobiście stawiam na morelową. Jest pyszna! Jednocześnie słodka i cierpka, dzięki czemu wybornie łączy się z delikatnym ciastem. Przepis wbrew pozorom jest szybki i prosty – doskonale sprawdzi się na leniwe popołudnie, kiedy zechcemy usiąść z mamą przy czymś słodkim i oblepić sobie opuszki palców pomarańczowym, morelowym mazidłem…

Do miski przesiałam półtorej szklanki mąki (podczas wyrabiania dodałam ok. 2 łyżki), 1/3 szklanki cukru, starłam skórkę z cytryny, wycisnęłam sok, dodałam jajko i wkruszyłam drożdże. W rondelku rozpuściłam 60 g masła, do którego dolałam 40 ml mleka. Kiedy mleczno-maślana masa lekko się przestudziła, dolałam ją do ciasta i wyrobiłam, podsypując mąką. Ciasto zostawiłam na blacie na ok. 20 minut – w tym czasie przygotowałam blachę do pieczenia (i ustawiłam tło do zdjęć – pełna profeska!).

Podzieliłam kulę na dwie części, po kolei wałkowałam je na kształt okręgu, a potem dzieliłam na 8 części (trójkątów). Każdy zawijałam od szerszego, górnego brzegu, i układałam na blasze. Piekłam ok. 16-18 minut w 190° (termoobieg). Zawsze przełamuję jeden rogalik i sprawdzam, jak wygląda w środku.

Na koniec solidnie oprószyłam ciastka pudrem, ułożyłam na ładnym talerzu i ozdobiłam melisą. Wpałaszowałam je z mamą – nie żałowałyśmy ani morelowej konfitury, ani zielonej herbaty, ani ciepłych słów. Było cudnie, prosto i pysznie – sprawdziłam i polecam! Nie ma lepszego sposobu, by podziękować komuś za lata zmartwień (i szczęścia, mimo wszystko), jak tylko zrobić coś z miłością. Ja umiem (zaledwie) gotować, piec i łączyć słowa. Mam nadzieję, że to wystarczy…

M.

PS Zdjęcia też umiem. Troszeczkę.

lista składników: 1,5 szklanki mąki (plus ok. 2 łyżki podczas wyrabiania), 1/3 szklanki cukru, 15 g świeżych drożdży, 40 ml mleka, 60 g masła, jajko, cytryna, cukier puder do posypania i konfitura – najlepiej morelowa (dużo, dużo konfitury)

(Visited 68 times, 1 visits today)

2 myśli na temat “Rogaliki dla mamy”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]