Cytrynowe drożdżóweczki

Od dawna mam słabość do kawy z mleczną czapą.

Kryteria jakości są bardzo proste – mocna kawa na bazie podwójnego espresso, a do tego adekwatna piana z doskonale ubitego mleka. Nie może być go ani za dużo, ani za mało – po prostu w punkt. To wszystko jest bardzo ważne, naprawdę bardzo ważne.

Więc taki napój mogę pić ze cztery razy dziennie, taką kawą zaczynam dzień i celebruję codzienność. Nierzadko goszczę w kawiarniach, chodzę po lokalnych palarniach i zaglądam wszędzie, gdzie pachnie aromatycznymi ziarnami. Podczas zakupów w IKEA jestem w stanie ze trzy razy okręcić do kultowego ikeowskiego ekspresu, a spacer po mieście po prostu nie może nie zakończyć się w McDonaldzie z małym kubeczkiem pysznego cappuccino.

I teraz przechodzimy do meritum (tak, ten przydługi wstęp miał nas zaprowadzić do wnętrza sieciowej restauracji). Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia, przyjemnie styrana po kilku godzinach ślęczenia nad literkami, postanowiłam wysiąść z tramwaju przystanek wcześniej i wypić kawę, którą można mnie przekupywać (proszę nie brać do siebie tej informacji). Więc znalazłam się z czarnym kubeczkiem w środku, po zastanowieniu wzięłam najnowszą gazetę i przycupnęłam w kąciku.

Czytałam sobie miło i nader pociesznie, aż przy stoliku obok usiadł starszy pan w futrzanej czapie. Powiedziałabym, że to był najklasyczniejszy dziadek, jakiego możecie sobie wyobrazić. Pomarszczony, uśmiechnięty zawadiacko, z werwą w oczach i charakterystycznej kurtce jak sprzed kilkudziesięciu lat. Do tego dodajcie wspomniane nakrycie głowy, cieniuchny szalik w krateczkę, szerokie spodnie od garnituru i ocieplane buty.

Uśmiechnęłam się od razu, ale on mnie nie widział. Był bardzo zaaferowany przysmakiem, który ostrożnie zaniósł do stolika, manewrując czerwoną tacą. Mój staruszek w środku zimy zamówił sobie kubeczek lodów posypanych czekoladowym batonikiem.

Rozczulił mnie, kiedy usiadł, zdjął pokrywkę i zaczął wolno jeść, przymykając oczy z zadowolenia. Po chwili wyjął z torby książkę, a kiedy zobaczyłam okładkę, niemal zeszłam byłam z wrażenia. Zaczął czytać Kubusia Puchatka!

Tego dnia wracałam do domu w podniosłym nastroju. Wciąż miałam przed oczami tego starszego pana w stroju sprzed kilku dekad, jak rozkosznie pałaszował lody i czytał moją ulubioną dziecięcą książeczkę. Jednego jestem pewna – za pięćdziesiąt, no, sześćdziesiąt lub siedemdziesiąt lat chcę być taka, jak on. Oprócz deseru zamówię również kawę, ale również będę cieszyć się zwykłą codziennością. Tak często narzekamy, że jest nudno, że nic się nie dzieje, że tacy jesteśmy pokrzywdzeni. Warto sobie uświadomić, że życie nigdy nie krzywdzi, ale umiejętnie dawkuje emocje. Każdy niesie na plecach ciężar, ale również radość w sercu ­– najważniejsze, aby umieć je wypośrodkować. To mój osobisty klucz do szczęścia.

***

Do pełni szczęścia w środku stycznia potrzebuję nie tylko kawy, ale również cukru, cukru w drożdżówkach, kruszonce i lukrze. Właśnie dlatego w niedzielny poranek poczyniłam malutkie cytrynowe drożdżóweczki z owocami i cytrynową polewą. Są bardzo szybkie do zrobienia, pyszne i rozkosznie pocieszające. To jeden z moich ulubionych sposobów, by sprawić przyjemność bliskim i nieco się sponiewierać, jeśli idzie o słodycze.

Ciasto drożdżowe praktycznie nie wymaga żadnego wysiłku. Wystarczy przesiać pół kilograma mąki, dodać szczyptę soli, rozkruszyć 50 g drożdży i zasypać je 100 g cukru. Następnie zalewamy całość 300 ml mleka podgrzanego ze skórką otartą z cytryny, a na koniec (po jakichś 10 minutach) dodajemy 100 g rozpuszczonego i przestudzonego masła. Całość wyrabiamy i odstawiamy na ok. 45 minut do wyrośnięcia. Ten czas można bardzo mądrze wykorzystać, np. wypić kawę z czapą mleka i ugnieść kruszonkę!

Na kruszonkę potrzebne będzie 150 g mąki, 90 g tłustego masła i 80 g cukru. Całość zagniatamy szybko, używając do tego celu jedynie opuszków palców (żeby ciasto się nie ogrzało, bo okruszki będą twarde, co mogłoby być przykre w konsumpcji). Kruszonkę warto schować do lodówki, by nabrała dobrej konsystencji.

Ta porcja wystarczy na dwie drożdżówkowe blachy. Rozkładam na nich papier do pieczenia, nastawiam piekarnik na 180°C (termoobieg), a następnie przekładam wyrośnięte ciasto na omączony blat. Lekko je zagniatam – będzie elastyczne i przyjemne w dotyku. Dłońmi turlam je po blacie, uzyskując długi wałek – kroję o na równe części, ok. 20 pasków. Każdy pasek biorę w dłonie, zwijam w supełek (równie dobrze można go uformować w kulkę) i układam na blaszce.

Na każdą porcję ciasta nakładam owoce – u mnie trochę mrożonych malin, jeżyn i wiśni – a następnie smaruję roztrzepanym jajkiem. Posypuję kruszonką i wkładam do piekarnika na ok. 18 minut. W tym czasie robię polewę: sok z połowy cytryny ucieram z ok. 300-350 g pudru, w razie konieczności dosypując puder lub dolewając ciepłą wodę czy cytrynowy sok. Całość musi mieć konsystencję gęstej śmietany.

Po wyjęciu drożdżówek odczekuję ok. pięć minut, a potem je lukruję i pałaszuję. Uwielbiam takie niedzielne poranki. Na koniec powiem Wam coś w sekrecie… Za sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat znajdziecie mnie w sieciowej restauracji, gdzie zamówię sobie lody (i kawę), a potem wyjmę ulubioną książkę z dzieciństwa. Może nie będę ubrana w najmodniejszą kurtkę, ale z pewnością będę szczęśliwa.

___

lista składników na ciasto drożdżowe: 500 g mąki pszennej, 100 g cukru, 100 g masła, 300 ml mleka, 50 g świeżych drożdży, cytryna, odrobina soli

kruszonka: 150 g mąki pszennej, 80 g cukru, 90 g masła

polewa: 300-350 g cukru pudru, sok z połowy dużej cytryny

owoce, jajko do posmarowania

 

(Visited 125 times, 1 visits today)

4 myśli na temat “Cytrynowe drożdżóweczki”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]