Lekko w nowy rok

W okresie świąteczno-noworocznym padają zwykle wielkie słowa.

Nie będę jadł słodyczy! Pójdę na siłownię! Zacznę biegać! Kupię adidasy na siłkę! Nauczę się określać swoje potrzeby! Znajdę piętnaście minut dziennie na czytanie książki! Odnajdę swoją wielką miłość! Poznam księcia z bajki! Zmienię pracę!

Niestety, w tych naszych gorących zapewnieniach często brakuje zdrowego realizmu. Wszystko jest „zbyt” – zbyt idealne, górnolotne, radykalne, bezlitosne.

O to to! Szepcze moja dusza, kiedy piszę ostatnie słowo.

Bezlitosne.

My, ludzie, bardzo lubimy być dla siebie bezlitośni – a już zupełnie najgorsze jest to, że bezlitośni bywamy najczęściej dla samych siebie. Wymyślamy tryliard zadań do wykonania, dołujemy się psychicznie, powtarzamy jak mantrę, że jesteśmy beznadziejni, a na deser z mściwą satysfakcją oglądamy odbicie w lustrze i szarpiemy skórę tam, gdzie w naturalny sposób jest jej trochę więcej.

I tak w kółko, przez całe życie. Jeśli coś nam nie wyjdzie, nie pozostawiamy na sobie suchej nitki, pomstując w myślach i robiąc marsowe miny do wewnętrznego „ja”. A jeśli wprost przeciwnie – osiągniemy niemały sukces, w zadziwiający sposób umniejszamy jego znaczenie i kwitujemy krótkim „po prostu mi się udało”.

Nie mam zwyczaju robienia podsumowań i stawiania sobie katorżniczych celów. Nie przejdę na dietę cud, nie zapisałam się na siłownię, odpada też książę z bajki (nie jestem zachłanna i jeden w zupełności mi wystarczy). Byłoby dobrze, gdyby wszyscy przestali wymyślać i tworzyć cuda na kiju, a zamiast ustalać plan treningu na luty zastanowili się nad kondycją swojej psychiki.

Nie zrozumcie mnie źle – nie banuję zdrowych nawyków i korzystnych zmian życiowych. Wprost przeciwnie! Ale gorąco sprzeciwiam się popadaniu w skrajności. Ktoś, kto przez cały rok siedział na kanapie, nie powinien zaczynać od maratonu, a osoba, która kocha czekoladę, nie wytrzyma bez niej nawet tygodnia. Warto zaczynać małymi krokami.

Zamiast morderczych treningów, z których wchodzi się na czworakach, postaw na proste, codzienne aktywności. Wyskakuj z tramwaju dwa przystanki przed celem podróży. Nie zjadaj jak dzik połowy tabliczki czekolady, ale powstrzymaj się przy trzeciej kostce. Nie rzucaj się na siłowni jak pchła na łańcuchu, ale zacznij chodzić na spacery, odkurz stacjonarny rower albo zacznij robić przysiady podczas oglądania telewizji. Herbatę z torebką cukru zamień na napar z mnóstwem pokrojonych w plastry cytrusów. Nie jedz za dużo na mieście, nie podjadaj. Nie wymyślaj ambitnej literatury, ale czytaj, na co przyjdzie Ci ochota. Wieczorem trzymaj telefon w bezpiecznej odległości od dłoni, bo nie od dziś wiadomo, że to sprytne urządzenie zbliża do ludzi, którzy są daleko, ale oddala od tych, którzy są blisko. Nie patrz na każdego przechodnia jak na potencjalnego kandydata na męża, ale zacznij wychodzić do ludzi. Rozmawiaj z nimi jak najwięcej, bo w ten sposób wszyscy się ubogacamy. Nie mów, że z dnia na dzień zmienisz pracę, bo tak się nie da, ale zastanów się, co Cię naprawdę interesuje. Zawsze chciałaś szyć? Zapisz się na kurs. Wstydzisz się swojego angielskiego? Zacznij rozmawiać z kimś w obcym języku. I uwierz, że ludzie sami (bezlitośnie) się ograniczają.

Zamiast osobiście się masochizować, pomyśl o sobie dobrze. Doceń to, co udało Ci się osiągnąć i wbij sobie do głowy, że nic się po prostu nie dzieje, że na wszystko trzeba zapracować. Pomyśl, że jesteś fajnym człowiekiem, że robisz świetne curry albo brownie, że może brzuch nie jest najbardziej jędrny, ale za to mózg sprężysty i działa jak trzeba. A kiedy głupie myśli przyjdą Ci do głowy, zrób to, co ja – ugotuj coś dobrego. Albo upiecz. Albo jedno i drugie, żeby od razu mieć cały komplet.

***

Z nowym rokiem dziarskim krokiem! Wszyscy chcemy jeść trochę lepiej, dlatego zachęcam Was do jedzenia sałatek. Ja je uwielbiam – pochłaniam w ogromnych ilościach na drugie śniadanie, obiad i kolację. Łączę wszystko z wszystkim, ale mam swój ulubione typy, wśród których nie brakuje lekkiej wariacji z soczystą rybą.

Dziś postanowiłam podzielić się z Wami przepisem na sałatę z domowym winegretem, pomidorkami, papryką, twardym serem, bursztynem i krótko smażonym (i dosmażonym) dorszem.

Najpierw porządnie osuszyłam papierowym ręcznikiem nieduży kawałek dorsza atlantyckiego (ok. 150-200 g). Lekko wtarłam w rybę sól i pieprz cytrynowy, a także odrobinę pszennej mąki. Usmażyłam ją na odrobinie mocno rozgrzanego oleju – każda strona dochodziła ok. 2 minuty. Czas zależy oczywiście od grubości kawałków, dlatego trzeba osobiście go kontrolować – ja najczęściej przekrawam rybę w najgrubszej części i w razie konieczności dosmażam.

Porwałam sałatę rzymską na części i włożyłam do miski. W małej miseczce roztrzepałam sok z połowy cytryny, czubatą łyżeczkę pudru, łyżeczkę musztardy rosyjskiej, a także cztery łyżki oliwy, sporą szczyptę soli i pieprzu. Winegret musi porządnie zgęstnieć – trzeba rozbijać go rózgą tak długo, aż przestanie się rozdzielać.

Wymieszałam sos z sałatą, a następnie wyłożyłam ją na duży talerz. Poukładałam połówki pomidorków, pokrojoną w kostkę paprykę, odrobinę szczypioru i startego obieraczką twardego sera (niezmiennie polecam polski bursztyn), a także urażonych ziaren słonecznika (wystarczy podsmażyć go na suchej patelni, ale niezbyt długo). Na górę włożyłam rybę – i gotowe!

Ta sałatka smakuje świetnie. Robi się ją błyskawicznie, dlatego można ją wykorzystać jako pomysł na lunch do pracy, a także ekspresowy obiad w domu czy kolację. Z taką kolorową porcją raźniej wkracza się w nowy rok, a głupie pomysły i bezlitosne myśli odchodzą w siną dal.

Całusy!

M.

____

lista składników: kawałek dorsza atlantyckiego (150-200 g), sałata rzymska, garść pomidorków koktajlowych, kawałek żółtej papryki, odrobina szczypioru, parę plastrów twardego sera, 1/5 szklanki ziaren słonecznika

sos winegret: sok z połowy cytryny, łyżeczka musztardy rosyjskiej, czubata łyżeczka pudru, 4 łyżki oliwy, szczypta soli i pieprzu (do smaku)

(Visited 49 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]