Wigilia pełna miłości

Święta.

Na ulicach mokro, nie pamiętam śnieżnej Gwiazdki. Ludzie biegają po targach i promocjach, noszą kilogramy kapusty, kupują żywe ryby i męczą je w plastikowych reklamówkach, a na dokładkę wskakują do tramwaju, wbijając cały ten majdan między żebra obcych ludzi. Nie zapominajmy też o prezentach – które kupuje się często bez umiaru i bez zastanowienia, bo trzeba.

Siedziałam z filiżanką cappuccino przy oknie z widokiem na jedną z głównych poznańskich ulic. W moich uszach cicho szumiały kolędy (lubię!), a przed oczami przewijały się dzikie tłumy ludzi. Zapamiętałam ten moment, bo poczułam dyskomfort. Nie znoszę tej gonitwy. Było mi wstyd za to, co widzę. Szał w oczach, żądza posiadania i sztywno postawione cele, które trzeba odhaczyć.

Jest mi wstyd, kiedy widzę sceny, które nie powinny mieć miejsca. Jest mi wstyd, że kupujemy tyle jedzenia, które co roku marnuje się w milionach polskich domów. Jest mi wstyd, kiedy widzę rodziny, które przez cały Adwent spacerują po centrach handlowych i szukają nie wiadomo czego, omijając to, co najważniejsze. Jest mi wstyd, kiedy widzę panią, która chodzi z malutkim koszykiem po sklepie i wybiera najtańsze rzeczy, a w myślach liczy, ile będzie musiała wydać. Jest mi wstyd, kiedy ta sama pani odkłada czekoladę z marcepanem, a potem wychodzi. I jest mi wstyd, kiedy parę minut później nie mogę jej znaleźć, żeby dać jej coś słodkiego na „święta”.

Im bliżej świąt, tym bardziej się wstydzę. Może za dużo myślę, zbyt wiele oczekuję. Ale kiedy po szaleńczym maratonie przez miasto siadam w cichym kościele, naprawdę czuję pustkę. Bo tu – gdzie zdarzy się cud – nie ma nikogo. Jest mi smutno, bo co roku jest tak samo. Biegnący ludzie gubią to, co najważniejsze. Kupują, mają, są – ale czy czują się szczęśliwi?

Moja mama nauczyła mnie, że sensem świąt nie jest najdroższy prezent świata i kilogram idealnie pomarańczowych mandarynek. W Wigilię po raz któryś z kolei na świat przyjdzie miłość, która zwycięża zło. Pojawi się mały człowiek, który daje nadzieję, że życie ma sens, a to, co nas spotyka, nie dzieje się bez powodu. On kiedyś oddał za nas życie, a my – co oddajemy mu w grudniowym nastroju oczekiwania?

Boję się, że coraz mniej. Siedząc w kościele, trochę porozmawiałam z pustym jeszcze żłóbkiem. Uspokoiłam się, spróbowałam nabrać dystansu. A później wzięłam trzy głębokie wdechy i ponownie wskoczyłam w miejski wir. Nadal się wstydzę, ale wiem, że są na świecie ludzie, którzy myślą tak, jak ja. I wierzę, że świat może być szczęśliwym miejscem. Wystarczy trochę się ogarnąć, przestać przejmować się tym, na co nie mamy wpływu, a przede wszystkim zdjąć klapki z oczu.

Na te nadchodzące święta życzę sobie i Wam, żeby złapać dystans, żeby się wyciszyć. Wiem, że są rzeczy, których nie przeskoczymy – trzeba kupić to i owo, załatwić parę spraw i ogarnąć parę prezentów. Ale proszę, zróbmy to tak, żeby się nie wstydzić… Weźmy norwidowskie słowa i sprawmy, żeby w naszym kraju panował zwyczaj, że w dzień wigilijny, przy wzejściu pierwszej gwiazdki wieczornej na niebie, ludzie rzeczywiście łamali się opłatkiem. To nie jest pusty gest. To symbol dzielenia się miłością, a dzielenie się miłością to definicja życia.

Spędźcie czas z ludźmi, którzy są dla Was ważni. Zapomnijcie o pracy, o tym, co trzeba zrobić i na kiedy. Celebrujcie chwile, nie denerwujcie się drobiazgami – przypaloną kapustą, słonym śledziem, krzywą choinką i nietrafionym prezentem. Porozmawiajcie o tym, co kryje się na dnie Waszych serc i unikajcie ludzi o nieczystych intencjach. Uważam, że w święta trzeba dzielić się uśmiechem, wrażliwością i miłością. Nie wiem, czy zauważyliście, ale mamy tylko jedno życie, a żaden dzień się nie powtórzy, nie ma dwóch podobnych nocy, dwóch tych samych pocałunków, dwóch jednakich spojrzeń w oczy. Celebrujmy chwile. I proszę, pamiętajmy, że za kilkanaście godzin po raz kolejny urodzi się miłość…

Tylko od Ciebie zależy, czy otworzysz przed nią drzwi serca.

Z zapachami lasu, aromatem makowca i szelestem papieru –

Magda

 

 

 

(Visited 78 times, 1 visits today)

4 myśli na temat “Wigilia pełna miłości”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]