Magiczne świąteczne ciasteczka

Magia świąt – pojęcie względne.

W radio szumią kolędy, na choince skrzą się światełka, w domu przybywa porcelanowych mikołajów i solniczek w kształcie renifera, a na ulicy mokry śnieg zamienia się w coraz większe kałuże. W szafie między ubraniami leżą pochowane prezenty (do dziś w mojej rodzinie krąży anegdotka, że część świątecznych upominków znajdzie się dopiero podczas przeprowadzki, czyli wcale nie tak szybko). I gdzie te święta?

Oszukujemy się, że magia Bożego Narodzenia mija z wiekiem, że za dużo pracy, że za mało czasu, że nie ma śniegu, że nie ma Mikołaja, że wszystko za drogie, że w sklepach można stracić nerwy, a także wiarę w fundamentalne wartości. I na dokładkę masochistycznie dokładamy sobie obowiązków – zamiast jednego ciasta pieczemy cztery (jak wiadomo, trzech upieczonych w nadwyżce nikt nie ruszy mimo usilnych próśb pani domu), planujemy produkcję sałatki śledziowej w czterech wariantach, pięć razy doprawiamy kapustę, przyrządzamy rybę na sześć sposobów (saute, w sosie grzybowym, po grecku, w galarecie, gotowaną, pieczoną w papilocie). A kiedy przychodzi co do czego, boli nas kręgosłup i denerwuje nas dosłownie wszystko.

Sami narzucamy sobie tempo, sami kręcimy na siebie bicz. Jeszcze umyję okna, jeszcze wypastuję podłogę i doczyszczę bidet, bo co będzie, jak ktoś wejdzie do łazienki. Jeszcze to kupię, tamto zamówię, a trzeciego dopilnuję. Myślimy, główkujemy, kombinujemy. A życie – i magia świąt –ucieka nam między palcami.

Tajemnicą Wigilii jest miłość. Żeby poczuć świąteczny klimat, trzeba się zatrzymać i uświadomić sobie, że wszyscy mamy tylko jedno życie. A na koniec zostaniemy rozliczeni z dobrych uczynków i uśmiechów na twarzach najbliższych, a nie z ilości sałatek śledziowych i jakości upieczonych makowców. Kochani, świąteczna otoczka jest ważna, ale nie jest najważniejsza. Musimy zacząć od podstaw – przystanąć w drodze do pracy i zerknąć na ośnieżony szronem park. W centrum handlowym warto zboczyć z trasy, schować się w kącie i wypić kawę, ściskając za rękę bliską osobę. W kuchni koniecznie trzeba podzielić obowiązki, a w dniu Wigilii usiąść razem i pogadać o sobie, a nie o tym, co słychać u sąsiadki.

Nadajmy świętom sens. Pomyślmy, co liczy się najbardziej, uśmiechnijmy się do mamy, taty, chłopaka, brata, babci, cioci, dziewczyny, siostry i piątej wody po kisielu. Celebrujmy życie, bo jest kruche, a powód do narzekania znajdzie się zawsze. Codzienność może być piękna, ale wszystko leży w naszych rękach.

***

Świąteczna atmosfera tkwi w naszych sercach, ale można ją podkręcić. Świetnym sposobem jest produkcja korzennych ciasteczek, które robią się szybko, pachną obłędnie, pięknie wyglądają na talerzu i mruczą w brzuszkach. Można je ułożyć na świecącym czerwonym talerzu (jak ja) i podkarmiać nimi bliskich (też jak ja). Cudownie prezentują się na zdjęciach i relacjach na Instagramie (sprawdziłam).

Wyciskałam je specjalnymi świątecznymi pieczątkami, ale z powodzeniem można użyć zwykłych wykrawaczek. Jak je zrobić? Wystarczy zagnieść masę z 420 g mąki pszennej, szczypty soli, 130 g cukru, czterech czubatych łyżek miodu wielokwiatowego, dwóch łyżek powideł, dwóch żółtek, jajka, dwóch łyżek korzennej przyprawy, łyżeczki kardamonu i łyżeczki sody. Ciasto może chwilę odpocząć, ale nie musi. Od razu można je wałkować, wycinać ciasteczka i piec partiami na papierze do pieczenia po pięć minut w 190°C (termoobieg).

Z piekarnika razem z ciasteczkami wydobywa się świąteczna atmosfera. Wystarczy umiejętnie ją wykorzystać i zamiast zamęczać się obowiązkami, usiąść z bliskimi pod choinką. Coś Wam powiem – działa!

Kardamonowe buziaczki,

M.

___

lista składników: 420 g mąki pszennej, 130 g cukru, 4 czubate łyżki miodu (wielokwiatowego),szczypta soli, 2 łyżki powideł, 2 żółtka, małe jajko, 2 łyżki korzennej przyprawy (do piernika), łyżeczka kardamonu, łyżeczka sody

 

(Visited 74 times, 1 visits today)

5 myśli na temat “Magiczne świąteczne ciasteczka”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]