Aromatyczna nagroda

Jedenasty dzień jedenastego miesiąca w tym roku był wyjątkowy. Sto lat odzyskania przez Polskę niepodległości, fakt, iż stałam się Poznanianką, a także pewne życiowe okoliczności wypchnęły mnie na ulicę św. Marcina.

Nie bez znaczenia dla tego opowiadania będzie to, że w tym roku świętowałam też imieniny pewnego miłego człowieka. Było hucznie, solenizant rozglądał się po dzikich tłumach i żartował, że nie trzeba było zapraszać aż tylu gości, a tymczasem na jednej z głównych poznańskich ulic było więcej luda, niż widziałam w całym swoim (długim) życiu. Zasada była prosta – nie idziesz, ale dajesz się ponieść tłumowi.

Tym sposobem znaleźliśmy się na skrzyżowaniu ul. św. Marcina i alei Niepodległości. Staliśmy grzecznie, nie można było ruszyć się nawet o milimetr, aż wreszcie ruszyła kolorowa parada – i wtedy zrobiło się naprawdę sympatycznie. Na koniec tłum wyniósł nas dwie przecznice dalej i tam poczuliśmy najprawdziwszy głód.

Nie rozwlekaliśmy tematu i chyżo potruchtaliśmy do Zdolnych. W tym miejscu wypada pozdrowić naszą ulubioną bezimienną kelnerkę, która chciała nas nakarmić przy barze, jednak tuż przed sfinalizowaniem transakcji na nasze zaklepane miejsca władowali się inni osobnicy, którym obce były prawidła godziwego postępowania. Jako iż jesteśmy ludźmi wychowanymi, podziękowaliśmy i wyszliśmy.

I tak się zaczęło – jeszcze nie byliśmy świadomi, ile kroków przyjdzie nam przemierzyć i jak wiele klamek pocałujemy, śmiejąc się z niemej rozpaczy. Byliśmy później w DOMU i ulubionych burgerach na poznańskim rynku – wszędzie to samo, tłum wylewał się oknami. Zaglądaliśmy zazdrośnie przez szyby, patrząc na ludzi, którzy szczęśliwie JEDLI.

Zrobiliśmy wielkie koło i trafiliśmy mniej więcej tam, skąd przyszliśmy. Wleźliśmy po schodach do Ale Kosmos! i zdziwko – sympatyczny kelner zaprosił nas do stolika! Niestety, miał do zaoferowania jedynie słodycze. A my, jak wiadomo, byliśmy głodni bardzo konkretnie, to jest – na obiad.

Wyszliśmy na chłód listopadowego dnia. Westchnęliśmy. I na jednej nodze pognaliśmy na Jeżyce. Tam bez większych nadziei weszliśmy do Modrej Kuchni, gdzie czas oczekiwania na stolik wynosił zaledwie pięć godzin. Oboje pracowaliśmy kiedyś w gastro, więc bez słowa żalu opuściliśmy pachnący wspaniale lokal i pomaszerowaliśmy do Błogostanu. Efekty? Cóż, przespacerowaliśmy się jakby nadaremnie.

I na koniec olśnienie – pójdziemy do schowanego między kamienicami IT. I poszliśmy, a tam – wolny stolik! Prawie popłakałam się z radości. Zjedliśmy najlepszą na świecie, ręcznie robioną carbonarę z żółtkiem, a na deser rogala na maśle, który na długo pozostanie w mojej pamięci. To był zdecydowanie najpyszniejszy wypiek marciński, jaki kiedykolwiek jadłam. Sztos!

Siedzieliśmy przy oknie, jedliśmy, piliśmy kawę i cieszyliśmy się swoją obecnością. Nadrobiliśmy braki czytelnicze, bawiliśmy się maskotkami (serio) i było nam po prostu dobrze. Zgodnie stwierdziliśmy, że czasem trzeba się zgubić, aby ostatecznie się odnaleźć. Nie żałowaliśmy ani jednego kroku zrobionego tego świątecznego dnia – bo w końcu trafiliśmy do przytulnej włoskiej restauracji.

Polecam IT. z całego serduszka. Będę tu wracać! Choć nazwa brzmi jak oferta usług informatycznych, tak naprawdę to cudowna gra słów – w końcu tak czyta się angielskie słówko, które oznacza „jeść”. A więc it w IT. to absolutnie dobry pomysł.

Wieczorem sięgnęłam po licznik kroków. I nie uwierzycie, ale spaliliśmy cały deser! Po 600 kalorii na głowę. Także – na spacer, rodacy!

***

Po takim świątecznym dniu (zawsze) mam ochotę na rosół. Tym razem padło na zupę pho – wietnamski, aromatyczny bulion, który podaje się z makaronem ryżowym, miękką wołowiną, szczypiorkiem i chrupiącymi kiełkami fasoli mung. Od siebie dodałam pomidorki koktajlowe, które swoją słodyczą podkreślają korzenne nuty wyczuwalne w zupie.

Ciężko określić smak pho. Przychodzi mi na myśl jedno słowo – aromatyczna. I może niech tak pozostanie, bo zupa pho naprawdę jest najbardziej aromatycznym daniem, jakie kiedykolwiek jadłam. Pokochałam ją od pierwszej łyżki w jednej z moich ulubionych poznańskich miejscówek, a potem odtworzyłam w domu. Tak powstał przepis, który szanuję i polecam.

Nie ukrywam, że może zdziwić Was ilość przypraw – i to takich, które są dostępne tylko w niektórych sklepach. Ale uważam, że warto próbować nowych rzeczy, a jeśli kupicie butelkę sosu ostrygowego, to zostanie u Was naprawdę długo i zrobicie na niej kilka garnków zupy. Albo zaczniecie eksperymentować z kuchnią wietnamską i odbędziecie podróż życia! Nie ma tego złego!

Zupę zaczynamy gotować rano. Kupiłam 400 g wołowiny z kością, włożyłam ją do garnka i zalałam wodą z 2 łyżkami soli. Po godzinie wylałam wodę i opłukałam mięso, które po chwili znowu włożyłam do garnka. Wlałam 1,5 litra wody mineralnej i zagotowałam całość. Szumowałam ok. 15 minut, a następnie dodałam przyprawy i zmniejszyłam ogień – zupa pho powinna pyrkać, a nie wrzeć.

Podczas szumowania przygotowałam „wkładkę” z przyprawami. Do woreczka z przyprawami wsypałam zmiażdżone w moździerzu 2 goździki, 2 anyże gwiazdkowe, łyżeczkę cynamonu i łyżeczkę pieprzu w ziarnach.

Pół główki czosnku obrałam i pokroiłam w grubą kostkę, poszatkowałam dwie cebule i obrałam 50 g imbiru (też pokroiłam). Całość podsmażyłam na suchej patelni.

Opaloną cebulę, czosnek i imbir, a także woreczek z przyprawami i łyżeczkę soli morskiej dodałam do wywaru. Do tego wlałam po 30 ml sosu ostrygowego i sosu sojowego, a także łyżeczkę cukru. Całość powinna gotować się dwie, trzy godziny. Na koniec przelałam wywar przez sitko (do garnka, a nie do zlewu) i to właściwie koniec. Szybko ugotowałam makaron ryżowy (250-300 g starczy na trzy, cztery osoby), posiekałam kolendrę i dymkę, pokroiłam w ósemki cytrynę i limonkę, opłukałam kiełki fasoli mung i pomidorki.

Na talerzu układałam garść makaronu, pokrojoną w kawałki wołowinę (parę plastrów wołowiny z gotowania) i pomidorki. Zalałam delikatnie zupą pho, posypałam kiełkami, dymką i kolendrą. Na koniec cytryna i limonka – właśnie tak robi się moją ulubioną zupę.

***

Jeśli kiedykolwiek nachodzicie się niemiłosiernie, następnego dnia zróbcie sobie coś dobrego do jedzenia, na przykład aromatyczną zupę pho. A na przyszłość – rezerwujcie stoliki!

M.

___

lista składników: 400 g wołowiny z kością, 250-300 g makaronu ryżowego, 2 łyżki soli do moczenia + łyżeczka do wywaru, pół główki czosnku, 2 cebule, 50 g imbiru, 30 ml sosu ostrygowego, 30 ml sosu sojowego, łyżeczka cukru trzcinowego, 4 cebule dymki, 2 goździki, 2 anyże gwiazdkowe, łyżeczka cynamonu, łyżeczka pieprzu w ziarnach, garść kolendry, garść kiełków fasoli mung, cytryna, limonka, garść pomidorków koktajlowych

(Visited 86 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]