Domowe McFlurry ze słowami

Leżę na puszystym dywanie.

Unoszę nogi, wsłuchuję się w tekst piosenki. Mam taką dziwną fanaberię, że lubię utwory z tekstem, a nie na odwrót – to właśnie słowa przyciągają moją uwagę, wabią, kuszą, pociągają.

Na początku było słowo

Słowa dają życie.

Nazywają. Kreują przestrzeń. Wyrywają z nicości. Kształtują. Formują. Dopełniają całości, ba, tworzą od podstaw. Jedną z najważniejszych decyzji po narodzinach dziecka jest nadanie mu imienia. Rodzice zastanawiają się, myślą, załamują ręce – i w końcu wiedzą, że to jest to, że wymyślili. Bo nazywanie, moi kochani, to wielka odpowiedzialność.

Słowa budują – słowa burzą.

Sartre bał się słów. Pisał, że mogą dookreślać ludzi, zamieniać ich w pomniki albo w błoto. Nie jestem filozofem, ale też boję się słów – boję się i kocham je zarazem, zginam się w pokłonach przed ich niewysłowioną mocą i zaklinam w prośbach o litość, żeby zawsze język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa, a czasem był jak piorun jasny, prędki, a czasem smutny jako pieśń stepowa, a czasem jako skarga nimfy miętki, a czasem piękny jak aniołów mowa… 

Boję się, że nazywając, zburzę tę ulotną materię, którą chcę nazwać. Boję się, że chcąc powiedzieć A, powiem B, że chcąc powiedzieć komplement, sprawię przykrość. W słowach drzemie wielki potencjał i wielki nasz obowiązek, żeby go wykorzystać. Do ostatka.

Tak często rzucamy słowa na wiatr. Obiecujemy i nie dotrzymujemy słowa. Łamiemy przysięgi. Mówimy „na zawsze”, a zostajemy na krótko. Albo zabieramy prawo do słów – nie chcemy słuchać, nie chcemy wsłuchać się w to, co ktoś chce nam powiedzieć. Koncentrujemy się na naszych słowach, na swojej perspektywie – i to jest bardzo złe.

Każdy z nas może powiedzieć co innego na ten sam temat. Jeśli ktoś lubi bitą śmietanę, będzie zachwycony na widok gofra, powie „łał, pyszota”. Ten, kto ze słodyczy to najbardziej karkówkę, wyartykułuje dosadne „łeee, bleee, co za obrzydlistwo”. I tyle w temacie.

Boski zalążku świata, daj mi rozwagę w nazywaniu. Daj mi szacunek do słów. I spraw, żebym kreując, odpowiednie  dawała rzeczy słowo. Proszę.

***

Na osłodę mam dla Was przepyszne McFlurry w wersji homemade. Kremowe, rozkosznie śmietanowe, aksamitne, odpowiednio słodkie, a jednocześnie odpowiednio rozpustne – jednym słowem takie, jakie powinno być. Na dole zmrożona baza śmietanowa – kropka w kropkę podobna do tej znanej z restauracji pod złotymi łukami – zaś u góry kaloryczne czekoladki, cukierki i draże. Chyba coś w tym jest, że to, co najsłodsze, grozi niebezpieczeństwem… Ale zanim zapali Wam się w głowach światełko ostrzegawcze i zabrzmi głośne warning, zjedzcie szybko porcję, albo i dwie. Bo kalorie są potrzebne do życia, lody latem jeść trzeba, a samouszczęśliwiać się powinniśmy co chwilę.

Jeśli macie maszynę do lodów, to świetnie, a jeśli nie, to też sobie poradzimy. Ubijcie mikserem 350 ml kremówki, pod koniec ubijania dodajcie 80 g cukru pudru. Do ubitej śmietany wlejcie 350 ml mleka 3,2% i delikatnie wymieszajcie. Taką masę szczęśliwi posiadacze maszyny do lodów wlewają do urządzonka i czekają pół godziny. Pozostała ludzkość wkłada całość do zamrażarki , przelewając uprzednio do plastikowego pojemniczka. Jeśli należycie do drugiej opcji, co pół godziny wyjmujcie lody i je mieszajcie, żeby rozbić kryształki lodu.

Na koniec zostaje szaleństwo – mielenie m&m’sów, krojenie kokosowego bounty i innych batonów, posypywanie i wzdychanie z rozkoszy. Dla kamuflażu dodałam wisienki na torcie.

A dla pełnej jasności zachęcam Was do zjedzenia moich domowych McFlurry, bo warto. I jestem świadoma każdego zapisanego tutaj słowa, a to jest coś, co absolutnie musicie docenić.

Lodowo-ciepłe buziaki,

M.

____

lista składników: 350 ml śmietany 30%, 350 mleka 3,2%, 80 g cukru pudru, dowolne dodatki:  m&m’s, bounty, nawet wafle typu princessa

 

 

 

(Visited 163 times, 1 visits today)

7 myśli na temat “Domowe McFlurry ze słowami”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]