Idealne bezy dla mamy

Mama.

Uważam, że to jest absolutnie najpiękniejsze słowo w języku.

Ma-ma. Mama. Dokładnie tyle, ile jest w stanie powiedzieć dziecko, które dopiero uczy się mówić i samodzielnie artykułować dźwięki. Ma-ma. Mama. Dwie spółgłoski, dwie samogłoski, a właściwie jedna spółgłoska wargowa razy dwa i jedna samogłoska, też razy dwa.

Ma-ma. Mama. Prostota dźwięków, prostota smaków. Moja mama smakuje ryżem na mleku z cynamonem, drożdżowymi rogalikami z powidłami, biszkoptem z bitą śmietaną i truskawkami, moja mama smakuje miłością.

Ma-ma. Mama. Mamusia. Ja mówię do mamy – mamełek, mami. Moja mami. Moja mami jest najpiękniejsza na świecie, chociaż zdarza jej się mówić głupstwa, że niby nie, a potem się dziwi, że i mnie się udziela i też opowiadam głupstwa (o sobie). Mami oprócz piękna zewnętrznego lśni wewnętrznym pięknem duszy – jest najlepszym człowiekiem, jakiego znam, zna najpiękniejsze słowa, których nie znają inni i pewnego dnia odkryła przede mną świat Dzieci z Bullerbyn. Czasami myślę o tym, że nigdy nie byłabym tu, gdzie jestem, gdyby nie pokazała mi, jak cudowne są literki ukryte między dwoma okładkami i gdyby nie imponowała mi tym, że zna na wyrywki trudne słówka.

Ma-ma. Mama. Spacery nad wolsztyńskim jeziorem, zbieranie kasztanów w miejscach, które teraz pokrywa beton. Nieprzebrana dobroć i wyrozumiałość, nierówne podcinanie włosów i powolne przekonywanie mnie do walorów smakowych masła. Zabawy na dwa głosy i układanie puzzli na wyścigi. Czas. Mnóstwo czasu.

Byłam malutka, szłyśmy do dentysty. To jedno z moich pierwszych wspomnień – i kiedy ja martwiłam się, że zaraz wyrwą mi stały ząb, żeby włożyć aparat, mama spokojnie opowiedziała mi, jak będzie wyglądać zabieg, przytuliła i powiedziała, że będzie obok. Że trochę będzie bolało, ale dam radę, bo jestem dzielną dziewczynką. A dwa kroki dalej, tuż przed samymi drzwiami, dodała cichutko: „Gdybym mogła, dałabym sobie wyrwać dwa zęby za Ciebie. Ale nie mogę”.

Zapamiętałam te słowa i będę je pamiętać do końca świata. Bo tego dnia pod gabinetem dentystycznym poznałam definicję miłości macierzyńskiej – chcieć wziąć na siebie całe zło świata, żeby oszczędzić dziecko. I żyć ze świadomością, że tak się nie da, że nie można, że nie da rady. Być mamą to do końca życia martwić się o swoje dzieci, dawać im wszystko, nie oczekując niczego w zamian.

Chciałabym być kiedyś choć trochę do niej podobna – troszeczkę. Mam inny charakter, inaczej podchodzę do wielu rzeczy i wiem, że nie dam rady… Bo ona jest jedyna na całym świecie. Moja. Najlepsza. Ma-ma. Mama. Mami.

I chyba tak musi być – po prostu.

***

Nie wyobrażam sobie Dnia Matki bez tortu bezowego i chyba właśnie dlatego wpis na 26 maja trafia na bloga sześć dni przed terminem. Pomyślałam, że może i Wy zechcecie upiec dla swoich mami to bezowe cudo przełożone bitą śmietaną, które wcale nie jest takie trudne do zrobienia, jak mogłoby się wydawać, ale warto popełnić je wcześniej, co by bezy ładnie wyschły.

Bezowe czary zaczynam od tego, że ubijam na sztywną pianę sześć białek. W tym czasie w misie blendera rozkruszam na drobno 300 g zwykłego cukru (właśnie takiego cukru użyjcie, nie drobnego, nie pudru, a zwykłego rozbitego blenderem). Dodaję stopniowo cukier do białek (po łyżce), aż beza będzie lśniąca, a na koniec dolewam łyżkę soku z cytryny i to by było na tyle!

Na dwóch arkuszach papieru do pieczenia rozłożonego na dwóch blachach rysuję dwa okręgi o średnicy 20 cm jeden. Wykładam na nie masę, układając ją trochę jak wulkan, ale też bez przesady – chodzi o to, by bezy miały uformowane brzegi i coś w rodzaju dołka na nadzienie, taki malutki kapelusik! Tak ułożone krążki wkładam do piekarnika nagrzanego do 180°C (termoobieg) i piekę je 5 minut, a potem zmniejszam temperaturę do 140°C i dopiekam (a właściwie suszę) jeszcze 90 minut.

Gotowe bezy powinny poleżakować dzień czy dwa. Potem ubijam niecały litr śmietany kremówki z sześcioma płaskimi łyżkami pudru, a pod koniec dodaję żelatynę – rozpuszczam dwie łyżki we wrzątku i mieszam tak długo, aż się rozpuści, potem hartuję ubitą śmietaną i dopiero wtedy wlewam do całej masy, mieszając delikatnie łyżką. I teraz pełna dowolność – gęsty dżem, jagody, truskawki, maliny – dobrze wybrać nieco kwaskowate smaki, żeby przełamać śmietanę. Ja preferuję maliny. Na to listki mięty, odrobina pudru i dużo miłości – to jest mój przepis na bezę. Bezę idealną – prawie taką, jak moja mami.

Z miłością dla najcudowniejszego mamidła na świecie,

M.

____

lista składników: 6 białek, 300 g zwykłego cukru, łyżka soku z cytryny, 900-1000 ml śmietany 30%, 2 łyżki żelatyny spożywczej do deserów, 6 łyżek cukru pudru + trochę do posypania tortu, listki mięty, owoce

(Visited 203 times, 1 visits today)

11 myśli na temat “Idealne bezy dla mamy”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]