Różowy chłód

Nie wiem, dlaczego otworzyłam przedostatnią szufladę.

List wypadł cicho, bezszelestnie. Delikatnie położyłam go na drewnianej podłodze i rozmarzyłam się – umiem go prawie na pamięć…

Kochany,

śniłeś mi się. Na wstępie – pożegnanie. Bo ja… ostatni raz piszę do Ciebie.

Byliśmy na angielskim peronie, sami, Ty – w swoim pięknym płaszczu, w którym tak cudownie wyglądałeś. Twoje bursztynowe oczy patrzyły na mnie z czułością, a ja – nie umiałam ruszyć się z miejsca. Pociąg nadjechał, Ty – ruszyłeś w jego stronę, odwracając się co chwilę. Czekałeś na mój ruch – a ja obudziłam się zlana potem, by uświadomić sobie, że muszę pozwolić Ci odjechać.

Wyjęłam z pawlacza Twoją niebieską walizkę, którą zabierałeś na wszystkie służbowe wyjazdy. Nigdy nie pozwalałeś mi, żebym sama wchodziła na drabinkę, więc okropnie się bałam, że spadnę – bo obok nie było Ciebie, nikt nie mógłby mnie złapać w swoje silne ramiona. W walizkę zapakowałam to wszystko, co nasza miłość uczyniła najpiękniejszym na świecie. Ususzony bukiecik żółtych stokrotek przypomniał mi, jaka byłam szczęśliwa, kiedy widziałam, jak biegniesz w moją stronę z tymi kwiatami w dłoni. Nigdy Ci tego nie mówiłam, ale wtedy – właśnie wtedy, kiedy zatrzymałeś się i przeprowadziłeś staruszkę przez ruchliwą warszawską ulicę – zakochałam się w Tobie na zawsze. Zdjęcia – całe mnóstwo zdjęć – a wśród nich fotografia naszych słoneczników, które pewnego dnia po prostu wyrosły pod kuchennym oknem (wiem, kochanie – to Twoja sprawka, choć nigdy się nie przyznałeś). Karteczki z listą zakupów, wypełnione od lewej do prawej Twoim starannym charakterem pisma. Te najpiękniejsze słowa – dwa kilo marchewki, kostka masła, kilogram cukru, kocham cię nad życie. Wczoraj, przeglądając te wymiętoszone świstki, płakałam jak bóbr. Słowo daję, mam królicze oczy – tak jak wtedy, gdy przewiałam je sobie po styczniowym kuligu w górach, a ty mówiłeś mi, że nigdy nie byłam piękniejsza (wiem, że łgałeś – ale okazuje się, że za p e w n e  kłamstwa też można kochać). Walizka przyjęła też Twoją koszulę w fioletową kratę – szalenie mi się w niej podobałeś! Pewnie już wiesz, ale… od  t e g o  czasu wyprałam ją i wyprasowałam tyle razy, że niemal całkiem wyblakła, co doprowadziło mnie do kolejnej porcji łez. Twoje ulubione perfumy, a właściwie ich resztkę – pewnej nocy wylałam na siebie pół buteleczki, by choć na chwilę poczuć Twój zapach. Bilety do kina i teatru. Twoje zapinki do koszuli. Muszka, w której brałeś ze mną ślub. Twój notes i kalendarz. Portfel. Telefon. Ach, potrafię bez końca dzwonić na Twój numer…! Ponieważ wyłączyłam Twoją komórkę, nie słyszę sygnału, tylko Twój kochany głos  „Z tej strony Antoni. Nie mogę teraz odebrać, proszę zostaw wiadomość po sygnale”. Zostawiłam ich tyle…! Ale przecież wiesz.

Ledwo dopięłam Twoją walizkę – jak ty mieściłeś w niej tyle ubrań? Włożyłam ją pod łóżko. Czuję się lepiej niż dwa miesiące temu – moje życie jest pozornie uporządkowane. Rodzę się na nowo – do życia, w którym nie będzie Ciebie. Zaczynamy od nowa, Ty – i ja. Ja muszę pozwolić Ci odejść, Ty musisz dawać mi znaki, że jesteś, że życie się nie kończy, że to wszystko ma sens. Zawsze będziesz częścią mnie – tak jak moja część, która była w Tobie, umarła na zawsze.

Na początku, kiedy Ciebie zabrakło, byłam wściekła – na Ciebie, że musiałeś przechodzić przez ulicę właśnie w tym miejscu o tej porze, na tego biednego kierowcę – że jechał pod wpływem alkoholu, że Cię nie widział, że był taki głupi i nieostrożny. Ale pewnego dnia, szukając książeczki ubezpieczeniowej w szufladach Twojego biurka, natknęłam się na Twoje zdjęcie – kiedy uśmiechnięty od ucha do ucha patrzysz prosto w obiektyw, czyli na mnie. Stałeś w samym środku mojej wypieszczonej grządki kwiatowej, chwilę wcześniej beztrosko hasałeś w tym miejscu z naszym psem – byłam wtedy na Ciebie taka zła! Różowe stokrotki i tulipany – wszystko było zniszczone, nazwałam Cię skończonym idiotą, a Ty – pocałowałeś mnie w pół słowa i powiedziałeś, że w życiu nie ma czasu na złe uczucia i bardzo, bardzo mnie kochasz.

Antoni, mogłabym tak pisać i pisać bez końca, ale wiem, że Twój pociąg czeka, a Ty się niecierpliwisz. Jeszcze tylko jedna rzecz – nie mogę znaleźć Twojego płaszcza! Nie ma go w naszym domu, prawdopodobnie oddałeś go do pralni, ale ja będę wierzyć, że masz go na sobie, tak jak w moim śnie… Do zobaczenia, mój Najukochańszy –

Twoja M.

PS Dobrze było przeżyć tych siedem lat z Tobą! Szczęśliwej podróży!

***

Ten list zrobił mi nostalgiczny dzień. Czasami wracam do zapisanych przed laty słów, większość zdań wiruje po mojej głowie, a ja nie wyobrażam sobie życia bez liter. Dzięki nim mogę wszystko – mogę tworzyć, kreować wymyślać. Mogę marzyć.

No i tego dnia rzeczywiście się rozmarzyłam. A później pomyślałam, że mam ochotę na chłodnik – i natychmiast go zrobiłam! Ubrałam sukienkę, wzięłam koszyk i pobiegłam do warzywniaka na rogu, który nosi wdzięczną nazwę Warzywniak Na Rogu, a potem wróciłam do domu, nastawiłam nowOsiecką i jęłam obierać botwinkę oraz buraki, co czyniłam byłam w rękawiczkach. Tym sposobem uzyskałam trzy buraki średniej wielkości i trzy małe buraczki botwinkowe. Pokroiłam je w drobną kosteczkę i ugotowałam w półtora litra bulionu, dodając nieco pieprzu i octu z czerwonego wina, a nawet trochę miodu, ale zaledwie odrobinę. Pokroiłam drobno różowe łodygi botwinki i poszatkowałam większość liści, parę odkładając na sałatkę na później. Kiedy buraczki wesoło bulgotały, poszatkowałam cztery ogórki małosolne, jednego ogórka gruntowego, dwa pęczki rzodkiewki i potężny pęczek szczypiorku z malutkimi dymkami. Przygotowałam koperek (drobniutko posiekałam i odłożyłam go na bok), a warzywa połączyłam z dużym kubkiem zsiadłego mleka (400 ml), takim samym kubkiem jogurtu typu greckiego – koniecznie weźcie taki jogurt, jest nieco bardziej tłusty i gęsty, idealny na chłodnik – oraz śmietany 18%. Posoliłam nieco i dopieprzyłam.

Kiedy buraczki będą miękkie, trzeba odstawić garnek do wystudzenia. Ponieważ miałam wielką ochotę na obiad, wstawiłam gar do zlewu napełnionego zimną wodą. W tym czasie ugotowałam parę jaj na półmiękko. Na koniec połączyłam chłodny wywar z masą warzywno-jogurtowo-mleczno-śmietanową, ociupinkę doprawiłam solą i pieprzem i już nalewałam sobie sowitą porcyjkę. Ozdobiłam talerz roszponką, kiełkami brokuła i jajem. To był taki obiad, że cud, miód i orzeszek!

Polecam Wam różowy chłodnik – jest idealny na ciepłe dni. Przepadają za nim nawet rozmarzone dziewczęta, co to piszą listy do zmarłych mężów, nawet jeśli ich nie mają.

Całusów parę, różowych jak chłodniczek –

M.

____

lista składników: 3 średniej wielkości buraki, duży pęczek botwinki z liśćmi, pęczek szczypioru z dymką, koperek, 4 ogórki małosolne, ogórek gruntowy (średni), 2 pęczki rzodkiewki, 400 ml zsiadłego mleka, 400 ml gęstego jogurtu naturalnego typu greckiego, 400 ml śmietany 18%, ocet z czerwonego wina (półtorej łyżki), 1½ litra bulionu, sól, pieprz, 4-6 jaj z wolnego wybiegu, zieleninka do dekoracji

(Visited 202 times, 1 visits today)

11 myśli na temat “Różowy chłód”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]