Dziękuję za miłość

Poznali się przypadkiem, jak to zwykle bywa.

On zobaczył ją pierwszy. Pewnie pracowała przy biurku i uśmiechała się tak, jak potrafi tylko ona – najpiękniej na świecie, a uroku dodawała jej niewielka szpara między zębami, którą On polubił od pierwszego wejrzenia. Ona do dzisiaj nie może w to uwierzyć. Pewnie było jak zwykle, choć myślę, że zupełnie inaczej – poznawali się długo, a jednocześnie krótko.

Ona mówi, że nie ma miłości od pierwszego wejrzenia, że to przychodzi z czasem. On jest przekonany, że absolutnie istnieje taka miłość, bo On tak się zakochał – od razu wiedział, że to ta i żadna inna. Przekonał ją do tego całkiem szybko, bo nie wiadomo jak i kiedy wzięli ślub i żadne z nich nie potrafi powiedzieć, kiedy zdecydowali się to zrobić.

Zaufali sobie, zaufali, że będzie dobrze. I było, jest i będzie. Są jak dwie połówki jabłka różnych odmian, które idealnie pasują do siebie od ogryzka po gniazda nasienne. Przeważnie zgodni, a jeśli mają nieco inne zdanie na określony temat, szybko dochodzą do wspólnego konsensusu. Wystarczy im ten najbardziej wyjątkowy rodzaj bliskości, który czuje się, gdy jest przy Tobie najbliższa, najbardziej droga osoba. Opracowali specjalny system moszczenia się na kanapie i tak siedzą sobie wygodnie, na wyciągnięcie ręki. Słuchają ulubionych płyt, piją kawę, delektują się ulubionym półwytrawnym winem, rozwiązują krzyżówki i czytają książki. Są. Razem. A bycie – i bycie razem – to najlepsza rzecz pod słońcem i nauczyłam się tego właśnie od nich.

Udowodnili mi, że miłość to nie piękne słowa i patetyczne gesty, to mądre bycie ze sobą na co dzień. To dawanie szansy i wykorzystywanie jej, to bezgraniczne zaufanie, wspólne śniadania w soboty i lęk o ukochanego człowieka, gdy nie ma go w zasięgu wzorku. To pewność, że gdyby Cię nie było, nie byłoby wcale… To nic by nie było. Patrząc na nich wiem, że ich życie bez siebie nawzajem byłoby puste…

Mija już dwadzieścia pięć lat tego ich bycia razem. Co czuli tego kwietniowego dnia, kiedy w niezbyt twarzowej sukience z wielką kokardą na plecach i fioletowym garniturze mówili sobie „tak”? Czy byli pewni? Czy mogli przypuszczać, jak to się wszystko potoczy?

Myślę, że cholernie się bali, ale jednocześnie czuli ten szczególny rodzaj pewności. Nie napiszę, że im się udało, bo wcale im się nie udało – oni po prostu wzięli pełną odpowiedzialność za siebie nawzajem i każdego dnia zakochiwali się od nowa. Podobno miłość zaczyna się wtedy, kiedy widzisz niedociągnięcia drugiego człowieka i podejmujesz decyzję, że chcesz z tymi słabościami żyć. Wtedy – dwunastego kwietnia – każdy z nich podjął tę decyzję. Dzięki temu dziś żyją właśnie tak, jakby nie mogli bez siebie istnieć, akceptują się bezgranicznie, darzą pięknym szacunkiem i są tak piękni w tej swojej miłości, że bardziej chyba nie można.

______

Znam ich bardzo dobrze, tak dobrze, że postanowiłam upiec dla nich coś dobrego (ha, dwunasty dzień kwietnia, sami rozumiecie, co to znaczy). Padło na soczyście cytrynowe muffiny z malinami, które są nieziemsko wilgotne za sprawą kwaśnej śmietany i dojrzałego banana. Jeśli pomyślicie, że to takie zwykłe, że to takie nic, udajcie się za karę do kąta! Te babeczki są najlepsze na świecie. Wilgotne, miękkie, rozkosznie maślane, z nutą cytrusową. No, po prostu pyszne, że palce lizać!

Jeśli i Wy zechcecie oblizać po nich swoje śliczne paluszki, rozpuście w rondelku 100 g masła. W tym czasie przesiejcie do miski 250 g mąki, dodajcie dwie łyżeczki proszku i szczyptę soli. Następnie dodajcie 140 g cukru, nieco esencji waniliowej, zetrzyjcie skórkę z cytryny i wyciśnijcie sok. Rozgniećcie widelcem dojrzałego banana i dodajcie go do towarzystwa z kwaśną śmietaną (180 g), dwoma jajami i roztopionym oraz lekko przestudzonym masłem – rozmieszajcie masę rózgą i nie róbcie tego zbyt długo, a wręcz bardzo krótko.

Przygotujcie 12 silikonowych foremek na babeczki (nie trzeba ich niczym nacierać, o ile postawicie na elastyczny silikon). Na dno każdego „pojemniczka” nałóżcie łyżeczkę ciasta. Na to szczodrze nałóżcie po pół łyżki malin (świetnie sprawdzą się mrożone), odrobinę cukru i znowu ciasto, ale tym razem po czubatej łyżce. W każdym razie w foremkach musi być równa ilość masy, a jednocześnie powinny być wypełnione do trzech czwartych wysokości, wtedy ładnie urosną.

Piekę je ok. 20 minut w 190°C (termo obieg), a potem tradycyjnie wyjmuję, parzę sobie palce i pożeram parę sztuk w ułamku sekund. Pozostałe pudruję, robię zdjęcia i wreszcie karmię tych, którym dziękuję za miłość

Ona i On uśmiechnęli się na ten prezent do zjedzenia. Smakowały im te moje muffiny, podobno bardzo. Ich miłosnym głupstewkiem – bo każda zakochana para ma prywatny repertuar takich głupstewek – jest to, że absolutnie wszystko jedzą na pół. Więc zjedli na pół, ale nie jedną i nie dwie babeczki…

Całusy z nutą słodyczy,

M.

­­______

lista składników: 100 g masła, 250 g mąki, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, 140 g cukru, cytryna (skórka i sok), 180 g śmietany 12%, 2 jajka, dojrzały banan, miseczka mrożonych malin, puder do posypania

______

Dziękuję za miłość, za Twoje kochanie,

za wszystko co było i co nas zastanie.

Dziękuję za Ciebie, że chciałaś się zjawić,

w szukaniu tak trzeba na los się obrazić.

 

Dziękuję za miłość, za szansę kochanie,

gdyby Cię nie było, nie byłoby wcale.

Dziękuję za miłość z daleka i blisko,

gdyby Cię nie było zniknęłoby wszystko.

 

Dziękuję za miłość, gdy obok ją czuję,

gdy jest tyle warta, choć tak ją traktuję.

Przepływa przez palce lub chowa się w bramie,

czasami nie widzę, gdy przy mnie przystanie.

(Dziękuję za miłość, Janusz Radek)

(Visited 205 times, 1 visits today)

20 myśli na temat “Dziękuję za miłość”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]