Drukarnia z mamą

Są takie dni, że człek fruwa nad ziemią, bo mu dobrze.

Miałam tak w środę. Poszłam do fryzjera i ścięłam włosy – na bardzo, nawet bardzo krótko. I wyszło – bardzo, bardzo, bardzo! Więc na fali tego ścięcia kupiłam sobie jeszcze sukienkę (niech żyje styl Grety Garbo) w piękną kratę z wiązaniem w talii i zrobiłam tym samym przyjemność pani w sklepie. Ona nie zdążyła jej jeszcze założyć na manekina, a ja już ją mierzyłam i robiłam obroty, słysząc, że ona nic nie sugeruje, ale wyglądam tak dobrze, że muszę ją wziąć.

Wzięłam.

Chyba nie jestem odporna na „chłyty merteningowe” i łykam je jak żaba muchy. Trudno! A później, kochani, wciągnęłam rurkę z bitą śmietaną i rada tym stanem rzeczy udałam się na dworzec, co by odebrać mamę z dworca i iść z nią na obiad z winem, które jakimś zrządzeniem losu udało mi się wygrać!

Rzadko coś wygrywam – to był trzeci raz. Spytacie o pierwszy? Jako niewinne dziecię wygrałam łopatę ogrodową w pięknej odcieni zieleni, którą ostatecznie podebrał mi dziadek (była idealna do przekopywania ziemi pod krzaczkami malin – chyba, ale nie ręczę, bowiem żaden ze mnie ogrodnik). Wygrałam ją od misia z telewizji! A drugą wygraną były bilety do kina na podwójny seans, dzięki czemu spędziłam cztery godziny, gapiąc się beztrosko w Rayana Goslinga.

I teraz padło na wino z Drukarnia Skład Wina i Chleba! Trafiłam onegdaj na pytanie, z kim wypiłabym butelkę wina. Odpowiedź mogła być tylko jedna – z mamą! Lubię spędzać z nią nieśpiesznie czas, pijąc kawę w kawiarni i herbatę w domowym zaciszu, kiedy wszyscy gdzieś pouciekają. To moja najlepsza przyjaciółka, bez której nie byłoby nic, nie byłoby wcale, jak śpiewał w pięknej piosence o miłości Janusz Radek.

Mama rozkochała mnie w literkach, książkach i jedzeniu. Widzicie? Na dobrych rzeczach zna się ta moja mama! I jakoś tak wyszło, że wygrałam w tym konkursie, mama dotaszczyła się do miasta doznań, a potem razem zasiadłyśmy przy drukarnianym stole, by oddać się rozkoszom jadła i napoju.

Dostałyśmy pysze czerwone wino wytrawne Gran Sangre De Toro (z 2013 roku!). Śmiem podejrzewać, że to jedyny raz, kiedy spróbowałam czerwonego wina z górnej półki, bo na razie jestem na etapie prosecco i ulubionego wina koszernego Mogen David, co również sobie chwalę i polecam innym.

Nie połapałam się w restauracji w hiszpańskich literkach, ale już wiem, że wyczułyśmy z mamą sytuację. Doczytałam później, że w Gran Sangre De Toro przebijają aromaty czarnych jagód, dżemu z czerwonej porzeczki, a wreszcie korzenne nuty z eleganckim i kompleksowym wykończeniem. Podobnież wino jest idealne do dziczyzny, potrawek mięsno-warzywnych oraz pikantnych potraw i właśnie tu trafiłyśmy, bo poszłyśmy w mięsko.

I to jakie mięsko! Dawno nie jadłam tak pysznej łopatki wieprzowej. Mięciutka, rozpływająca się w ustach, w sosie śmietanowym na białym winie, z białą fasolą i kiełkami. Całość została zapieczona w kociołku i podana ze smacznym pieczywem. Cud miód! Mama zamówiła z kolei kurczaka Supreme  z ratatouille, purée ziemniaczanym i sosem na bazie musztardy dijon. Jeśli chodzi o supreme, to tak określa się pierś kurczaka (fr. suprême de volaille) podaną wraz ze skrzydełkiem. Towarzyszy mu delikatny, kremowy sos, przygotowany na bazie velouté, w Drukarni z odrobiną musztardy. Całość była w punkt, smaki doskonale się łączyły, kurczak był soczysty jak rzadko, a my trwałyśmy w swoim zachwycie i w połowie zamieniłyśmy się talerzami.

Pomyślałam, że zachęcę Was do wizyty w Drukarni, bo warto. A jeśli chodzi o wino z mamą, to już absolutnie warto – mówię to ja,

M.

___

PS Spytacie o koszt takiej uczty? Kociołek kosztował 25 zł, kurczak Supreme 31 zł.

(Visited 117 times, 1 visits today)

8 myśli na temat “Drukarnia z mamą”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]