Czekoladowy pocieszyciel

Od rana chodziło za mną coś słodkiego.

To zdarza się często, a nawet bardzo – nie oszukujmy się. I najgorsze w tym wszystkim jest to, że na początku człowiek nie wie, co też za nim chodzi. Więc zrobiłam sobie kawę, usiadłam w niewygodnym fotelu (w końcu kupię sobie nowy, przysięgam) i jęłam snuć przyjemne wizje, w których było dużo cukru, lukru i pustych kalorii. I kiedy tak sobie myślałam miło o bitej śmietanie,  najpierw doszłam do wniosku, że ze względu na drogocenny tłuszcz jest ona bardzo zdrowa, a następnie, że w związku z tą zdrowotnością powinnam sobie podjeść troszeczuńkę tejże, a ostatecznie, że skoro bita śmietana, to może ptyś. Tym sposobem poczyniłam spacer do ulubionej cukierni i zakupiłam pięknego, śmiejącego się do mnie ptysiaczka, którego przemiły pan w okularach na Gonciarza zapakował w ładny papier.

Lubię ładne rzeczy, więc nawet ta odrobina makulatury w paseczki zrobiła mi dobrze. Niestety, postanowiłam przy okazji zrobić większe zakupy. Niestety, nie pomyślałam, że ptyś należy do tej kategorii rzeczy, które łatwo się gniotą. Niestety, przygniotłam go na amen kilogramem makaronu i gruszek Rocha, których żal było nie wziąć, bo w promocji. Wyjąwszy w domu ptysia, spojrzałam z żalem na prezentujący się moim oczom obraz nędzy i rozpaczy. Ptysiaczek przypominał naleśnik z żałosnymi strzępami śmietany, a mnie zachciało się płakać i spojrzałam z obrzydzeniem na makaron i owoce, które przecież okazały się sprawcami całego nieszczęścia.

Jestem estetką, więc nie usatysfakcjonował mnie ptysiowy strzępek, a śmietana rozbryzgała się po całym papierze (część następnego dnia odkryłam na gruszce, najpierw biorąc ją za dorodną pleśń), więc nie nadawała się do wyjadania łyżeczką. A ja lubię podzielić ptysia na dwie części, najpierw zjeść górę, później wyjeść rozkosznie śmietankowy środek i skończyć dołem. W tej sytuacji cała ta przyjemna procedura okazała się impossible, więc postanowiłam, że nie ma zmiłuj, trzeba coś z tym zrobić.

Wiedziałam, że nie chce mi się wychodzić z domu, więc zrobiłam szybki przegląd szafek i nagle oświeciło mnie, że mam świetną, gorzką czekoladę. I już wiedziałam, że sięgnę po Kuchnię Nigelli Lawson i powtórzę jej obłędne ciasto czekoladowe, do którego włożę gruszki! A na górę, mili Państwo  nutella! Oh yeah, od razu wstąpiły we mnie siły żywotne i przystąpiłam do poprawiania sobie humoru.

Nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zmieniła pod siebie, ale opierając się na Nigelli, którą uwielbiam (jakżeż ona seksownie oblizuje palce!), przesiałam 150 g mąki pszennej i trzy łyżki kakao dobrej jakości, dodałam do tego pół łyżeczki sody i szczyptę soli. W dużej misce utarłam 150 g miękkiego masła z 175 g brązowego cukru, dodałam dwie łyżki miodu, skórkę otartą z cytryny i 50 g rozpuszczonej i przestudzonej gorzkiej czekolady. Następnie wbiłam jajka i delikatnie rozmieszałam całość, na końcu dodając partiami przesianą mąkę (wszystko mieszałam ręcznie, posiłkując się rózgą, bez której nie wyobrażam sobie kuchennego życia).

Na koniec obrałam cztery małe gruszki Rocha i pokroiłam je na ćwiartki, wykrawając gniazda nasienne. W zależności od tego, jakie gruszki wybierzecie, pilnujcie, żeby kawałki nie były zbyt grube, bo opadną na dno ciasta. Przełożyłam rozkosznie czekoladową masę na wyłożoną papierem małą tortownicę, ułożyłam gruszki i piekłam około 40-45 minut w nagrzanym do 170°C piekarniku (termoobieg). Jeszcze ciepłe ciasto posmarowałam nutellą (jeśli zrobicie to od razu, krem będzie się ładnie rozprowadzał).

To był dobry pomysł, żeby poprawić sobie humor. Nawet bardzo dobry! Tak dobry, że wybaczyłam gruszkom przygniecenie ptysiaczka…

______

lista składników: 150 g mąki pszennej, ½ łyżeczki sody oczyszczonej, 3 łyżki kakao, 150 g miękkiego masła (koniecznie powinno być tłuste), 175 g brązowego cukru, 2 łyżki miodu, 50 g rozpuszczonej w kąpieli wodnej czekolady, 2 jajka, skórka z cytryny, 4 malutkie gruszki, 4 potężne łyżki nutelli

(Visited 110 times, 1 visits today)

Jedna myśl na temat “Czekoladowy pocieszyciel”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]