Nieprzypadkowo upieczona papryka

 

Uważam, że nie ma przypadków.

To moja życiowa filozofia, którą powtarzam od kilku lat. Wszystkim zainteresowanym wałkuję z oślim uporem, że przypadki nie istnieją, że nic nie dzieje się bez powodu i nawet, kiedy spotyka nas coś złego, to po prostu tak miało być. Nic nie jest przypadkowe, nie bez powodu poznajemy konkretnych ludzi, nieprzypadkowo podejmujemy konkretne decyzje i wybieramy A zamiast B. W życie wpisany jest głębszy sens i naprawdę nie musimy go specjalnie rozumieć – wystarczy, że damy się życiu uwieść… Poprowadzić. Że trochę zaufamy, ale nie innym, tylko samym sobie. Że pozwolimy sobie żyć naprawdę, a nie na niby. Ja coraz bardziej świadomie daję się uwodzić nieprzypadkowości (a pieczonej papryce to już w ogóle). A przynajmniej się staram – i nie przez przypadek wychodzi mi różnie…

Kiedy patrzę na swoją historię, to wszystko, co wydarzyło się do tej pory – a trochę się nazbierało – to mam pewność jak w mordę strzelił, że wszystko miało sens, że wydarzyło się po coś i na coś. Że poznałam ludzi, których miałam poznać. Że wydarzyło się to, co miało się wydarzyć. I że to było potrzebne, bo czegoś mnie nauczyło, bo dzięki temu jestem, jaka jestem i jestem tu, gdzie jestem – w najlepszym momencie życia, w najlepszym miejscu, w jakim mogłam być. I choć nie żyję w krainie mlekiem i miodem płynącej, to staram się, żeby płynęła chociaż czekoladą (żarcik)… I wiem, po prostu wiem, że nic bym nie zmieniła w tym moim życiu. Bo ja, jak u Geppert, kocham je nad życie. Nawet, jak się trochę pieprzy. Ale! W myśl mojej filozofii, czasem musi się trochę spieprzyć, żeby potem było wspaniale.

Z tej mojej nieprzypadkowej pewności nie przez przypadek zakupiłam czerwoną paprykę w liczbie sztuk dwóch. I pomyślałam, że ją upiekę, więc ją upiekłam. I to chyba była boska myśl, a nawet iluminacja, bo popełniłam taki sos z pieczonej papryki, że klękajcie narody! Mówię Wam – jadłam dużo dobrych rzeczy, ale paprykowe cudo po prostu wymiata! No sztos!

Przekroiłam je na pół, wyjęłam gniazda nasienne i ułożyłam je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Posypałam solą i świeżo mielonym pieprzem, dodałam świeży rozmaryn i wsadziłam śliczności na pół godziny do nagrzanego na 230ºC piekarnika (termoobieg). W tym czasie ugotowałam fusilli (czyli makaron świderki) w osolonej wodzie, a w rondlu zeszkliłam dwie cebule dymki na dwóch łyżkach masła. Szczypiorek pokroiłam i odłożyłam na później.

Upieczone papryki będą czarne – spokojnie, mają takie być. Dałam im chwilę, żeby ochłonęły, po czym zdjęłam z nich skórkę (odejdzie jak po maśle), przełożyłam je do zeszklonej cebulki, dodałam łyżkę koncentratu pomidorowego, dwie garście listków świeżej bazylii, sporo świeżo mielonego pieprzu i soli. Wlałam 250 ml kwaśnej śmietany i zblendowałam wszystko na emulsję – na najlepszy sos, jaki jadłam. Na koniec dodałam szczypiorek i wymieszałam wszystko łyżką. Sos jest boski – kremowy, gęsty, aromatyczny i ma tak zasmaczysty smak, że ciężko go opisać. Jest po prostu pyszny!

Odcedziłam makaron, przełożyłam go do rondla z sosem i wymieszałam starannie, aby każdy świderek pokrył się  paprykowym cudem. Później szybko usmażyłam pierś z kurczaka, którą przycięłam na dwa płaskie plastry – posoliłam mięso i popieprzyłam, po czym smażyłam na rozgrzanym oleju mniej więcej po cztery minuty z każdej strony (na wyczucie, no co Wam poradzę).

A na koniec przełożyłam na ładny talerz, udekorowałam bazylią i zjadłam. I nabrałam pewności, że przypadki nie istnieją, a mój obiad nie przez przypadek był tego najlepszym dowodem. Dajcie się uwieść życiu i papryce – warto.

M.

PS Brat rekomenduje i mówi, że sztos!

_____

lista składników na dwie porcje: 2 czerwone papryki, gałązka świeżego rozmarynu, 2 cebule dymki ze szczypiorkiem, 2 łyżki masła, dwie garście listków świeżej bazylii, łyżka koncentratu pomidorowego, 250 ml śmietany 12%, sól, pieprz, 300 g fusilli (makaronu świderki), podwójna pierś z kurczaka, olej do smażenia

(Visited 145 times, 1 visits today)

2 myśli na temat “Nieprzypadkowo upieczona papryka”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]