Bananowe mów do mnie jeszcze

Są ludzie, którzy po prostu zawsze wiedzą, co powiedzieć.

Potrafią rzucić ciętą ripostę, odpowiedzieć mądrze głupiemu i głupio mądremu, żeby jednemu i drugiemu zrobiło się nieswojo. Załatwią dodatkową suszarkę na basenie, zagadają na śmierć kelnerkę, która pod wpływem emocji przyniesie deser w prezencie od firmy, wkradną się w łaski osiedlowego piekarza i zdobędą serca niewiast zasiadających w urzędzie (a to dopiero wyczyn!). W dziekanacie nikt ich nie spyta, czy nie potrafią czytać, skoro na drzwiach jak byk wisi kartka, że nie podbijają jeszcze legitymacji, a tu ktoś ma czelność pojawić się dzień wcześniej i delikatnie poprosić, że może w drodze wyjątku… Ba! Podbiją, co trzeba, stempelek przystawią i jeszcze pożyczą miłego dnia.

Tam, gdzie wszystkie metody zawodzą, zostaje ta wyjątkowa kategoria ludzi, którzy mają gadane. Ludzi, którzy cieszą się społeczną aprobatą i potrafią w niewytłumaczalny sposób tak operować słowami, że wszyscy są zachwyceni. Kobiety mdleją z zachwytu, panowie z uznaniem kiwają głowami, a dzieci po prostu chcą być blisko i słuchać, słuchać, słuchać. Tak powstają autorytety, tak rodzą się platoniczne uczucia, tak najskuteczniej załatwia się interesy.

Znam paru takich ludzi, a jeden z nich ma dodatkowy przymiot. Otóż w uroczy sposób reaguje na komplementy – w przeciwieństwie do większości nie robi się buraczany na twarzy, nie przeczy, nie neguje, nie spuszcza głowy. Ach, jak wdzięcznie patrzy znad okularów, jak miło łypie okiem zza drucianych oprawek, jak zawadiacko się uśmiecha i mruczy wówczas zalotnie: mów do mnie jeszcze

Mówił do mnie jeszcze Kazimierz Przerwa-Tetmajer i tak tym przemawianiem przemówił, że przepadłam na wieki. Każde twoje słowo słodkie w mym sercu wywołuje dreszcze – mów do mnie jeszcze… Tak mam, że jak coś usłyszę i się zauroczę tymi słowami, to idę w nie jak dzik w żołędzie. I męczę później te słowa, i powtarzam, i przerabiam, i robię z nich swoje powiedzonka, które bawią przyjaciół. I jeśli chodzi o mówienie jeszcze, to natychmiast wiedziałam, że to będzie na mojej gorącej liście, a nawet namber łan. Używam wersów tego zacnego poematu na co dzień i od święta. Kiedy chcę zrobić na kimś wrażenie i rozśmieszyć mamę. Właściciel drucianych okularów reaguje w ten sposób nawet na propozycję zielonej herbaty (bo ją uwielbia), ja dziękuję w ten sposób za pochwały kulinarne. Językowa nonszalancja to coś, co lubię bardziej niż ptysie z bitą śmietaną!

A mówiąc do Was jeszcze (a gwoli ścisłości – pisząc), zaproponuję Wam genialne, bananowe ciasto z gorzką czekoladą, które smakuje najwyborniej z kleksem kremu jogurtowego. Jest puszyste, wilgotne i pełne kontrastujących smaków, a poza tym zawiera dużo dobrych rzeczy, więc tak sobie myślę, że nie tylko warto je jeść, ale po prostu trzeba!

A skoro mus, to mus zacząć przygotowywanie ciasta od musu z dojrzałych bananów… Świetnie nadadzą się takie, które mają wręcz brązową skórkę. Biorę cztery banany i blenduję je na gładką masę. Do tego dodaję trzy czwarte szklanki wiórków kokosowych, szklankę brązowego cukru, szklankę oleju, cztery jajka w całości, dwie i pół szklanki mąki pszennej, dwie i pół łyżeczki proszku do pieczenia, łyżeczkę sody, szczyptę soli… To naprawdę błyskawiczny deser mistrzów! Na koniec przelewam do wysmarowanej masłem formy (keksówka lub forma z kominem) i posypuję posiekaną na kawałeczki gorzką czekoladą (pół tabliczki, a więc 50 g). Wstawiam do nagrzanego do 200ºC (termoobieg) piekarnika i piekę pół godziny, a potem obniżam temperaturę do 170ºC i dopiekam jeszcze 20-25 minut, ale warto na bieżąco sprawdzać ciasto patyczkiem.

Teraz napiszę Wam, co z kremem – wystarczy jogurt naturalny typu greckiego, dwie czubate łyżki pudru i skórka otarta z cytryny. Roztrzepuję to delikatnie rózgą, żeby się nie zrobił koktajl, tylko powstał gęsty krem. No i właściwie gotowe! Wyjmuję ciasto z formy, z lubością wdycham zapach pieczonych bananów, pudruję obficie, kroję… Biorę ulubiony talerzyk, nakładam ogromny kawałek bananowego cuda, trzaskam łychę kremu, siadam w najwygodniejszym miejscu, biorę pierwszy kęs, a przy ostatnim mruczę cichutko:

Mów do mnie jeszcze…

I ciasto do mnie mówi, a ja nakładam sobie kolejny kawałek. I jeszcze…

M.

______

lista składników na ciasto: 4 dojrzałe banany, 4 jajka, szklanka brązowego cukru, szklanka oleju, ¾ szklanki wiórków kokosowych, 2½  szklanki mąki pszennej (typ 405 lub 450), 2½   łyżeczki proszku do pieczenia, łyżeczka sody, szczypta soli, pół tabliczki gorzkiej czekolady (50 g, polecam taką z wysoką zawartością kakao, przynajmniej 70%)

lista składników na krem: 400 g jogurtu naturalnego typu greckiego, skórka otarta z cytryny, 2 czubate łyżki pudru

puder do posypania ciasta

(Visited 122 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]