Naleśnikowe całuję i kocham

Leżała na ziemi i nikt nie zwracał na nią uwagi.

Karteczka. Żółta, z tych samoprzylepnych. Przyciągnęła mój wzrok, kiedy wybierałam idealne banany, a to nie lada wyzwanie – idealne banany muszą być żółte i dość małe, takie w sam raz na poranną owsiankę. Więc stałam sobie grzecznie i starałam się zajmować jak najmniej miejsca, ponieważ bardzo nie lubię, kiedy ktoś narusza moją przestrzeń osobistego komfortu, i wybierałam moje bodaj ulubione owoce, bez których moje śniadania nie mają racji bytu.

Ludzie przechodzili i zaaferowani codziennymi troskami, kompletnie nie zwracali na nią uwagi.

Porzucona, żółta, samoprzylepna karteczka. Spisuję na takich swoje przepisy, wymyślone naprędce proporcje i listy zakupów, a potem nalepiam w różne miejsca, nawet na butelkę mleka. Żeby nie zgubić pomysłu na perfekcyjny deser z nasionkami chia albo inne cuda na kiju. Więc bywają dni, kiedy moja kuchnia tonie w żółtych papierkach – na szczęście w pewnym momencie ogarniam się wdzięcznie i spisuję wszystko w zeszyciku, żeby wprowadzić w moje królestwo choć odrobinę ładu.

Sięgnęłam po nią, coś mnie tknęło. Rozłożyłam ją delikatnie i… Mleko w kartonie, jajka, masło, mrożone maliny, mąka, cukier puder, śmietanka… Nic wielkiego, powiecie. Nic wielkiego, powiem, ale to nie wszystko. Więc jednak coś wielkiego, bo pod listą zakupów dopisano ładnym charakterem pisma: na obiad Twoje ulubione danie! Całuję i kocham, A.

Rozczuliłam się. Bo ktoś całuje, kocha i robi komuś na obiad ulubione danie. Bo tak naprawdę właśnie o to w życiu chodzi – o gotowane z miłością obiady, o smażone z uśmiechem na ustach naleśniki, o bycie z drugim człowiekiem, o spisywanie list zakupów, zostawianie sobie takich karteczek i to wszystko, co jakaś A. stworzyła z jakimś X. Czułam, że to cholernie szczęśliwi ludzie, którzy mieli zjeść na obiad coś przepysznego… Byłam pewna, że A. chciała wyczarować naleśniki z owocami zapiekane pod śmietanką. I w tym momencie wiedziałam, że ja też zjem dziś delikatne crepes przełożone malinowym musem, dodam do tego odrobinę twarożku i zaleję delikatne płaty ciasta słodką śmietanką… Tak. Nigdy się o tym nie dowiedzą, ale stali się dla mnie inspiracją – zrobię im mały prezent i nawet, jeśli jestem nieuleczalną romantyczką, to przynajmniej będę miała słodkie życie.

Myślałam o nich, kiedy krążyłam jak błędny rycerz między półkami. Jak wyglądają? Jak się poznali? Czy ona często smaży mu naleśniki, a on przynosi jej z pracy bukiety kwiatów? Czy piją kawę w łóżku i delektują się swoją obecnością? Zapewne. A raczej – z pewnością… Wiedziałam, że przez przypadek zostałam wtajemniczona w niezwykłą historię, które pisze się nie inaczej, jak zwykłą codziennością. Właśnie dlatego warto pięknie żyć na co dzień, a nie tylko od święta. Właśnie dlatego warto uważać podczas wybierania bananów i sięgać po porzucone karteczki.

Szybko skończyłam zakupy, bo w głowie siedziały mi już naleśniki, i pognałam w stronę domu. Zrzuciłam kurtkę i pognałam do kuchni, przypominając sobie idealne proporcje na ciasto, które przejęłam od Gordona Ramsaya. Świetnie sprawdza się na faszerowane naleśniki, ponieważ jest banalnie łatwe, elastyczne i gładkie, dzięki czemu farsz nie ucieka w żaden sposób, a ja cenię sobie porządek i subordynację w kuchni…

125 g mąki, trochę soli, dwa jajka, 300 ml mleka, łyżka stopionego masła. I tyle! Roztrzepuję to energicznie, rozgrzewam olej i smażę rumiane crepes, radując się  w duszy wizją naleśnikowej uczty. W międzyczasie podgrzewam w rondelku dwie garście mrożonych malin, dodaję do nich trochę wody, skórkę z cytryny i cukier puder. Kiedy rozpuszczą się tyle, o ile, mieszam je z odrobiną gęstego  jogurtu naturalnego. Później smaruję każdy naleśnik serkiem typu Philadelphia, polewam malinowym musem, układam dodatkowo parę mrożonych malinek i zwijam w ciasny rulon. Układam naleśniki jeden koło drugiego, bo akurat crepes lubią naruszać przestrzeń osobistego komfortu, a wreszcie, kiedy nie ma już miejsca w foremce, zjadam ostatniego naleśnika z cukrem. Na samiuteńki koniec zalewam naleśnikory śmietanką (200 ml) rozmieszaną z czubatą łyżką pudru, ścieram trochę cytrynowej skórki i układam jeszcze parę malinek. Całość zapiekam 25 minut w 190°C (termoobieg).

A później gorączkowo robię zdjęcia i dobieram się do moich kochaniutkich, smaczniutkich crepes. Są pyszne! Słodko-kwaskowate, delikatne, maślane, rozkosznie naleśnikowe i śmietankowe. I kiedy ja delektuję się pełnym miłości smakiem zapiekanych naleśników, mam nadzieję, że X przeczytał karteczkę, zanim ją zgubił. Bo ona całuje i kocha, a o to w tym wszystkim chodzi…

M.

_____

lista składników na naleśniki: 125 g mąki pszennej, 2 jajka, 300 ml mleka, łyżka masła, odrobina soli

lista składników na mus malinowy: szklanka mrożonych malin, odrobina skórki z cytryny, czubata łyżka pudru, trzy łyżki jogurtu naturalnego

do zalania: 200 ml śmietanki, czubata łyżka pudru

dodatkowo: parę malin, skórka z cytryny

(Visited 218 times, 1 visits today)

4 myśli na temat “Naleśnikowe całuję i kocham”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]