Przyjemność w wersji fit

Wyznaję zasadę, że najpierw obowiązki, potem przyjemności.

Kiedy byłam mała, najpierw jadłam ziemniaki, a na końcu te lepszejsze (umiem stopniować przymiotnik dobry, spokojna głowa) składniki obiadu… Powiem Wam więcej – jako młode dziewczę nie lubiłam jeść paru rzeczy, co teraz nie mieści mi się w głowie! Wyobraźcie sobie na ten przykład, że ja (!) nie lubiłam m a s ł a, bez którego dziś nie wyobrażam sobie życia. To nie wszystko, miałam swoje kulinarne fanaberie i dzięki ci, kochana mamo, żeś zniosła to z godnością.

Ależ ja wymyślałam! Jadłam wyłącznie białka jaj, wciskając żółtka biednej rodzinie. Wyjadałam bitą śmietanę z ptysiów. Jadłam wyłącznie grube parówki, które mama nazywała donaldami. Mogłam zjeść każdą ilość frytek smażonych przez tatę, ale nawet nie ruszyłam palcem przepysznej surówki. I nie lubiłam spaghetti, a do kaszy miałam awersję. Jak tak sobie o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że naprawdę nie ma rzeczy niemożliwych! Przecież dzisiaj kocham żółtka, to jest jem jajka w całości i nader to sobie chwalę. Ptysie? Na jeden raz! Parówki – tak, ale tylko z dobrym składem, bo lubię wiedzieć, co jem. Surówka? Absolutly! Uwielbiam spaghetti z kremowym sosem pomidorowym i pulpecikami. A kasze miłuję szczerze i jem często. Można…? Można.

Ale do rzeczy! Tak mam, że zostawiam przyjemności na koniec. Najpierw robię mniej miłe rzeczy, sumiennie załatwiam mało zabawne obowiązki i dopiero później oddaję się przyjemnościom, co nierzadko kończy się tym, że padam jak nieżywa i nie mam siły ruszyć ni ręką, ni nogą. Jeśli zaś o jedzenie chodzi, to nie mam już problemu z tym, że coś jest mniej smaczne… No, chyba, że ktoś zaproponowałby mi wątróbkę, cynaderki albo mięciutki móżdżek w jajkach. Jestem pewna, że wówczas grzecznie bym podziękowała, tłumacząc się absolutnym i definitywnym przejedzeniem po kokardę.

Biegam więc od rana jak nakręcona, ogarniam, co muszę, wymyślając sobie nowe zadania, wszystkim chcę dogodzić i broń Boże nie mogę o niczym nie zapomnieć. I tak sobie fruwam, robiąc tryliard rzeczy jednocześnie, po czym otrząsam się w porze obiadowej i później pod wieczór. W myśl zasady, że przyjemności na koniec, robię sobie wtedy kawę z mleczną czapą i wymyślam przepisy, zapisuję proporcje, które przychodzą mi do głowy i zastanawiam się, dlaczego przedwczorajsze ciasteczka były lepsze niż kiedykolwiek wcześniej, skoro nic nie zmieniałam w recepturze. Ot, zagadka!

Wiecie, takie zalatane dni nie zdarzają się codziennie, ale są i nie uda się od nich uciec. Wówczas ratuję się mądrą organizacją czasu w kuchni, a więc wybieram proste i smaczne dania, bawiąc się w Jamiego Oliviera, który swego czasu udowadniał, że doskonały posiłek można przyrządzić w pół godziny, a nawet w piętnaście minut. Miał chłop rację i jestem tego pewna, bo wiele dań robię w ułamku sekund.

Do takich awaryjnych pyszności należą rewelacyjne frytki z marchewki, które robię w mniej niż pół godziny, bo się maleństwa muszą dobrze podpiec. Jak? Już tłumaczę! Biorę cztery wielkie marchewki, obieram je i kroję w pięciocentymetrowe słupki, po czym wkładam do gara, zalewam wrzątkiem i gotuję w osolonej wodzie pięć minut. W tym czasie przygotowuję blachę do pieczenia i nastawiam piekarnik na 220°C (termoobieg). Twardawe marchewki odcedzam i osuszam papierowym ręcznikiem – to bardzo ważne, bo mokre warzywa w piekarniku nie zrobią się chrupiące, tylko miękkie.

Marchewki lądują na blaszce wyłożonej papierem. Skrapiam je olejem, posypuję solą morską i świeżo mielonym pieprzem, można też sypnąć ziołami prowansalskimi, ale niekoniecznie. Ja lubię czyste, proste smaki i najczęściej wybieram tylko sól i pierz. I tyle, piekę fryteczki w wersji fit jakieś dwadzieścia minut.

Żeby nie było całkiem fit, jem frytki z majonezem, bo lubię, a organizm potrzebuje tłuszczów. Do tego trochę zieleninki i jestem uraczona, a siły do dalszej gonitwy wracają po dwakroć.

Więc polecam Wam frytki z marchewki – pyszne, chrupiące z zewnątrz, miękkie w środku, idealne z majonezem. To taka przyjemność na koniec – przyjemność, na którą się czeka. Przyjemność, której każdy element jest wysoce przyjemny. Po ostatnią fryteczkę…

M.

______

nieskomplikowana lista składników: cztery wielkie marchewki, olej, sól, pieprz, majonez, coś zielonego dla kamuflażu i równowagi (polecam roszponkę)

 

(Visited 161 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]