(Po)ciąg do pizzy

Babcia stała koło wnuczka, była wyraźnie poirytowana. Malec stał uparcie przy sałatach w Biedronce i ani myślał ruszyć się dalej, za to kurczowo ściskał w rączce uchwyt koszyka na kółkach.

– Skarbie, no ciąg ten koszyk! – rzekła była babcia, zaś ja stanęłam byłam jak wryta i zaczęłam udawać, że przeglądam stojącą nieopodal bazylię. Wyczułam szóstym zmysłem językoznawcy, że zaraz wydarzy się coś bardzo interesującego.

– Ni – oświadczył chłopiec, patrząc na babcię spod byka.

Westchnęła, ja parsknęłam w rozmaryn.

– Tomuś, ja idę. Idziesz ze mną, to ci kupię snickersa. Ciąg koszyk. Już.

Zachwyciłam się. Cudownie wymawiała „ciąg” i udowodniła mi, że błędy językowe można robić z klasą! I kiedy ja myślałam o ciągu, pociągu i przeciągu, oni jakoś się zebrali i poszli. Wydaje mi się, że malucha pociągała wizja snickersa…

Od tego czasu ja też ciągnę nieprawidłowo, w trybie rozkazującym mówiąc z łobuzerskim uśmiechem „ciąg”. Pozwalam sobie na to w gronie rodziny, pozwalam sobie na językową nonszalancję w gronie przyjaciół – pozwalam sobie na „ciąg”, bo czuję pociąg do językowych gier.

Wlokąc się sklepowymi półkami, dokonałam podziału na ciąg dosłowny i emocjonalny. Bo można powiedzieć do kogoś „no, ciąg!” i pomachać mu przed nosem paczką cukierków, z której ma wyciągnąć (!) jedną landrynkę. I można czuć pociąg… ciąg… do kogoś. Albo na coś, bo może kogoś ciągnąć do słodyczy, a do żony to już nie bardzo, współczuję żonie.

Ciąg mnie urzekł. Domyślam się, skąd wynika ten uroczy błąd – w mowie potocznej dążymy do skracania słów, żeby mówić szybciej, więcej, łatwiej. Więc z „ciągnij” może się zrobić „ciąg”. A z „pociągnij” to się zrobi „pociąg”, tutututtttuuuu!

Wiecie, nie namawiam Was do popełniania błędów. Namawiam Was do świadomości językowej. Żeby mówiąc, mieć z tyłu głowy pewność, że się dobrze mówi. A jak się zaczyna bawić słowem, żeby mieć świadomość tego stanu rzeczy. Mam teorię, że jak ktoś celowo używa błędnej formy dla żartu, to jest oczyszczony z wszelkich zarzutów, jest językowo niewinny! Bo kluczem do sukcesu jest, powtarzam, świadomość.

Co do świadomości natomiast, to dziś chciałabym Was uświadomić, że jest sobota, a sobota to świetny dzień na pizzę. Proponuję chyżo popełnić ten pyszny rarytas w domowym zaciszu i o ile ja czuję ciąg do klasycznej Margherity, o tyle Wy możecie wyłożyć na placek, co tam chcecie!

Podstawą jest ciasto, więc już tłumaczę, co i jak. Przesiewam 300 g mąki (połowę można zastąpić krupczatką, ciasto będzie bardziej delikatne), solę ją, ale uwaga – do pizzy daję dużo więcej soli, to jest jedną łyżeczkę. Mieszam, robię w słonej mące dołek, wkruszam 20 g świeżych drożdży, dodaję pół łyżeczki cukru i zalewam całość ciepłym, ale nie gorącym mlekiem (190 ml). Kiedy drożdże zaczną pęcznieć, dodaję dwie, trzy łyżki oleju i wyrabiam gładkie, elastyczne ciasto. Tradycyjnie przykrywam ściereczką… Wiecie, że mam swoją ulubioną na takie okazje? Pisałam, świr. A wracając do kulinariów, to jak to w ciastach drożdżowych bywa, odstawiam pizzę w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. I kiedy wyrośnie, że hej, a zrobi to dość szybko (potrzebuje od pół godziny do półtorej), nastawiam piekarnik na 230°C (termoobieg) i robię szybki sos pomidorowy. Kroję drobniutko średnią szalotkę, podsmażam ją na dwóch łyżkach masła, solę i dodaję świeżo mielony pieprz. Dodaję puszkę pomidorów w kawałkach, świeże oregano i łyżeczkę cukru – kiedy pomidory się rozpadną, blenduję sos na gładką emulsję i ewentualnie doprawiam w ten czy inny sposób (sól, pieprz).

I teraz manualne przyjemności! Dłońmi rozklepuję ciasto na papierze do pieczenia, rozciapuję po całości pomidorowy sos, rwę mozzarellę na strzępy, młynkuję pieprz, układam połówki pomidorków koktajlowych i na koniec nakładam posiekany szczypior. Wkładam do nagrzanego piekarnika i piekę szczęśliwe trzynaście minut.

Pizza jest pyszna, ale chyba wiecie. Zróbcie ją w domowym zaciszu przy sobotnim lenistwie i poczujcie ciąg do prostych, pysznych składników. Ciąg jest fajny, a przede wszystkim smaczny – bo jak cię do czegoś ciągnie, to znaczy, że masz pasję. A dla pasji warto żyć!

M.

_____

lista składników na ciasto: 300 g mąki pszennej (połowę można zastąpić krupczatką), 190 ml mleka, 20 g świeżych drożdży, pół łyżeczki cukru, łyżeczka soli, 2-3 łyżki oleju

lista składników na sos: puszka pomidorów w kawałkach, dwie łyżki masła, średnia szalotka, świeże oregano, sól, świeżo mielony pieprz, łyżeczka cukru

dodatkowo: mozzarella, garść pomidorków koktajlowych, szczypior z zieloną częścią cebuli dymki

(Visited 189 times, 1 visits today)

4 myśli na temat “(Po)ciąg do pizzy”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]