Ósmy cud świata

W okresie między Bożym Narodzeniem a Wielkanocą ludzie chodzą po sklepach, bo są przeceny.

Normalni ludzie kupują odzież, kosmetyki i buty.

Ja kupuję talerzyki, szklaneczki w różyczki i książki.

Jestem nieuleczalnym przypadkiem (mama potwierdzi). Doszło do tego, że kupiłam barek kuchenny na kółkach z dodatkowymi regałami, bo nie mogłam pomieścić wszystkiego w trzech – powtarzam, trzech – szafkach. Więc barek stoi, a ja z dumą patrzę na kwiatuszki, paseczki, pastele, wzory ludowe i bolesławiecką filiżankę.

Darzę tę porcelanę uczuciem szczerym, czystym i oddanym. Kocham tę artystyczną, ręczną robotę z całego serduszka! Los obdarzył mnie (stety lub niestety) poczuciem estetyki i cierpię, kiedy nie otacza mnie piękno. Lubię pięknie podawać dania, lubię dbać o estetykę deserów, lubię, kiedy polewa z czekolady jest równa, a pierniki dekoruję patykiem, żeby uzyskać równy wzór. Świr, mówiłam Wam, świr jak nic! Świr, który taszczy do domu kilogramy talerzy z wyprzedaży i po drodze ugina się pod ciężarem chińskich miseczek, które za półdarmo kupuje w znanym markecie spożywczym.

Bolesławiec robi mi dobrze. Lubię z niego pić kawę – to rano, kiedy leniwie wstaję i człapię w stronę ekspresu. Lubię jeść z niego ciasteczka – to na drugie śniadanie, bo w moich żyłach płynie kawa, ciasteczka i makaron. I lubię na niego patrzeć, bo jest piękny i na widok kwiatuszków, które jakaś pani w swej nieprzebranej dobroci namalowała na mojej filiżance, robi mi się błogo na duszy. A jak zjem ciasteczko i popiję kawą, to ciało też nie narzeka.

Nie da się ukryć, że miłość do Bolesławca nie jest tania. Ale kto tam przejmowałby się takimi drobiazgami! Esteci wolą zjeść kromkę chleba na pięknej porcelanie niż foie gras na duralexie… A tak poważnie – jestem miłośniczką pięknych form, ale na szczęście zachowałam resztki zdrowego rozsądku i odżywiam się godnie, jedząc na godnych talerzach (wiec spokojnie, mamo – jem, jem, jem).

Lubię wchodzić do firmowych bolesławieckich sklepów. Przepadam tam na pół godziny, wędrując miedzy półkami i robiąc maślane oczy do miseczek, talerzyków i innych cudów na kiju. Nie dalej jak wczoraj zachwycił mnie przecudnej urody dzbanek wart niemałą sumkę. Stałam przed błękitnym naczyniem w białe kwiatuszki i z żalem uświadomiłam sobie, że dziecięce plany poślubienia milionera nie były wcale takie głupie… Żarcik! W głębi duszy wiem, że talerz za osiemdziesiąt złotych zakrawa o pomstę do nieba, a filiżaneczka do espresso za dwadzieścia pięć złotych to luksusowy drobiażdżek. Ale takie drobiażdżki co jakiś czas warto poczynić – dla siebie, żeby się przyjemnie na tym świecie żyło.

A co do przyjemności, to mało jest tak przyjemnych rzeczy jak maślane buchty tyrolskie, czyli drożdżowe bułeczki do odrywania. Są przepyszne, rozkosznie delikatnie i aromatyczne – w smaku przypominają pączki, ale są od nich znacznie lżejsze. Są tak lekkie i niebiańsko smaczne, że znikają w ułamkach sekund w wiadomych okolicznościach, a ich przygotowanie jest proste jak bułka z masłem (bułka z masłem na Bułkach to zasmaczysta gra słów).

Cukiernicze czary warto zacząć od mąki – przesiewam 300 g mąki (typ 405, świetnie nada się też mąka krupczatka), solę ją, wkruszam 25 g drożdży, zasypuję je czterema łyżkami cukru i zalewam wszystko letnim mlekiem (150 ml). Ścieram skórkę z cytryny, dodaję trochę cukru z wanilią, trzy żółtka i 50 g rozpuszczonego masła. Wyrabiam elastyczne ciasto i stawiam je w ciepłe miejsce, żeby było im przyjemnie.

Kiedy ciasto podrośnie, przekładam je na posypany mąką blat, wyrabiam raz jeszcze i dzielę na dziewięć równych kawałków. Każdą cząstkę ciasta rozpłaszczam na dłoni, nakładam łyżkę konfitury morelowej albo malinowej i zwijam całość w sakiewkę, dokładnie zlepiając brzegi. Układam bułeczki w tortownicy wyłożonej papierem (łączeniem do dołu) w delikatnych odstępach. Smaruję je roztrzepanym białkiem, dzięki czemu będą pięknie błyszczeć po upieczeniu. Ten tyrolski przysmak piekę 25 minut w 180°C (termo obieg), ale przed wyjęciem bułeczek z pieca warto sprawdzić patykiem, czy aby na pewno się upiekły, dopiekły no i w ogóle.

To jeden z moich ulubionych deserów – prosty, klasyczny, absolutnie pyszny. Udekorowany cukrem pudrem i podany na ładnym talerzyku jest ósmym cudem świata, które mogłabym jeść nawet osiem dni w tygodniu, bezwzględnie. Bo w kuchni nie ma rzeczy niemożliwych!

M.

______

lista składników: 300 g mąki pszennej (typ 405) lub krupczatki, 150 ml mleka, 25 g świeżych drożdży, 4 łyżki cukru (40 g), skórka z cytryny, odrobina cukru z wanilią (łyżeczka, 5 g), 50 g rozpuszczonego masła, 3 żółtka, jedno białko, konfitura morelowa lub malinowa, cukier puder do podania

(Visited 247 times, 1 visits today)

2 myśli na temat “Ósmy cud świata”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]