Przedmiot przynoszący szczęście

Jestem specyficznym stworzeniem.

Czasem mam wrażenie, że w moich żyłach płynie pappardelle, tagliatelle albo przepyszne bavette… Mam swoje makaronowe fantazje i fetysze – lubię, kiedy makaron jest szeroki i choć odrobinę gruby. A jeśli ktoś uśmiecha się z powodu moich fetyszy, odwzajemniam uśmiech i powołuję się na drugą definicję słowa fetysz ze Słownika Języka Polskiego PWN – «przedmiot mający przynosić szczęście».

Właśnie taki jest dla mnie makaron. To mój prywatny przedmiot przynoszący szczęście – i to, proszę Państwa kochanego, dosłownie! Czyż piękny talerz wypełniony po brzegi makaronem nie przynosi radości? No…?

Uważam, że do przyrządzenia wybornego dania nie trzeba dużo – pasta, wino, masło, szalotka, ulubione dodatki albo po prostu resztki z lodówki. Wierzę w proste składniki i wierzę, że kiedyś tę prostotę uda mi się przenieść na byt mój codzienny i przestanę sobie sama (!) komplikować życie. Życzę sobie, żeby to moje życie było jak makaron właśnie – trochę prostsze. Pod niektórymi względami. Na ten przykład od czasu do czasu. Bo właściwie jakby bez przerwy było zbyt prosto, to też niefajnie.

A wiecie, że makaronem można uszczęśliwić się w niecałe dwadzieścia minut? To brzmi dobrze, a nawet lepiej niż dobrze, dlatego warto zrobić sobie dobrze i zrobić dobry makaron, który będzie nawet lepszy niż dobry. I kiedy ja zacieram ręce i bawię się setnie z powodu poczynionej przed chwilą gry słów, Wy wstawiacie wodę na pyszne tagliatelle.

Jeśli spojrzycie na zdjęcie i dostrzeżecie pewne nieścisłości między tym, co widzicie i czytacie, będziecie mieli rację… Bohaterem dnia na Bułkach nie jest klasyczne tagliatelle, ale szeroki makaron ozdobny i zastrzelcie mnie, ale nie pamiętam, gdzie go kupiłam. Dlatego kupcie jakikolwiek szerokie macaroni i będzie świetnie, mówię Wam.

Kiedy woda z szerokimi wstęgami gotuje się w garze, ja robię sos. Kroję drobno dużą szalotkę i szklę ją na czterech łyżkach masła (solę i pieprzę, rzecz jasna). Następnie zalewam cebulkę białym winem półwytrawnym i odrobiną octu z białego wina. A kiedy poczujecie fenomenalny zapach i weźmiecie trzy głębokie wdechy, tak jak ja zalejcie wszystko bulionem (robię to na oko, ale to będzie jakieś pół szklanki bulionu – jak dodacie więcej, świat się nie skończy, serio). I kiedy wszystko ładnie przechodzi aromatami, ja biorę śmietanę 12% (300 ml) i ją hartuję, bo inaczej sos się zwarzy i nijak tego nie odkręcimy. Więc najlepiej wlać śmietanę do pustego, dużego garnka (nie pytajcie, dlaczego macie wlać tę odrobinę śmietany do dużego garnka – zróbcie tak, a będziecie mieli mniej zmywania). Do śmietany (nie na odwrót) stopniowo dodaję po łyżce winnego sosu. Jeśli tak zrobicie, nie ma bata, żeby się nie udało. Na koniec zagęszczam sos czubatą łyżeczką mąki pszennej i takową ziemniaczanej. Voilà!

Makaron dojdzie w międzyczasie. Jak się ugotuje, to go odcedźcie i niech sobie chwilę nasz przedmiot przynoszący szczęście poczeka. W tym czasie biorę cukinię i za pomocą sprytnego urządzenia w postaci obieraczki kroję ją w paski, wkładam te zielone śliczności na sitko i trzy razy  przelewam wrzątkiem. Został nam jeszcze boczek – kupuję cienkie plastry i kroję na kawałki o długości trzech centymetrów, po czym robię bekon (podsmażam na odrobince oleju z dwóch stron, żeby się ładnie zarumienił).

Wszystko jest praktycznie gotowe, więc kończę przygotowania – do wielkiego garnka z sosem przekładam pastę i już wiecie, dlaczego radziłam wlać śmietanę do czegoś większego. Mieszam, aż makaron połączy się z winno-maślano-śmietanowymi aromatami. Następnie wrzucam cukinię i też delikatnie mieszam, ale naprawdę delikatnie, żeby wstęgi się nie poprzerywały.

W tym momencie wykładam szczęście na talerz. Młynkuję na to pieprz, układam bekon i solidną garść roszponki. Gotowe! Choć mój szczegółowy opis liczy sobie trzysta słów, Wy poświęcicie na przygotowanie śmiesznie mało czasu. I będzicie skomleć z przyjemności, kiedy tego makaronowego szczęścia spróbujecie.

M.

PS Mam nadzieję, że nie tylko w moich żyłach płynie pasta!

______

składniki na 2 obiadowe porcje:

300 g szerokiego makaronu, 1 duża szalotka, pół szklanki wina, odrobina octu z czerwonego wina, pół szklanki bulionu, 300 ml śmietany 12%, po łyżeczce mąki pszennej i ziemniaczanej, 100 g wędzonego boczku w plastrach, dwie małe cukinie, dwie garście roszponki, sól, świeżo mielony pieprz

(Visited 138 times, 1 visits today)

2 myśli na temat “Przedmiot przynoszący szczęście”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]