Czarodziejka uciekinierka i jej jaglane śniadanie

Mam coś takiego w sobie, że nie usiedzę w jednym miejscu zbyt długo.

Jestem energiczna, ale to nie wszystko. Tu chodzi o coś więcej.

W duchu nazywam się uciekinierką. Znikam, zanim pojawię się w czyimś życiu na dobre, fruwam, zamiast chodzić. Jeśli ktoś oczekuje, że wypiję sok, piję wodę. A jeśli mam wypić herbatę, to poprzestaję na espresso. I kiedy wydawać by się mogło, że powoli odnajduję swój punkt we Wszechświecie, zwykle coś nie styka w najmniej odpowiednim momencie. A ja wtedy zawijam kiecę i lecę – i tyle mnie widzieli!

Uciekam od niektórych i być może nie ma się czym chwalić. Ale to chyba przypadłość ludzi wrażliwych – naczytało się to to o oswajaniu i milionach gwiazd, które są jak dzwoneczki. I płacze to to w złych momentach na filmach albo wzrusza się ckliwie przy banalnych zdaniach złożonych podrzędnie. I jest to to rozedrgane wewnątrz, pełne niepewności. Tak bardzo, że nawet kiedy chcę usłyszeć na pewno, wystarcza mi może

Ale przede wszystkim objawia się to niespożytą energią. Kiedy gotuję, szafki zamykają się, zanim wyciągnę rękę w ich stronę. W jednym momencie jestem na jednym końcu kuchni, a sekundę później filetuję cytrynę w kąciku na końcu parapetu. Zawsze robiłam trzy rzeczy naraz i potrafię jedną ręką włączać spieniacz, drugą trzepać jajka na ciasto naleśnikowe, a trzecią uzupełniać dozownik soli morskiej w młynku. Moje szuflady wysuwają się same i chodzą jak sprężyny (jeszcze). Do dziś w głowie słyszę głos taty, który po którymś przeglądzie ze spokojną rezygnacją powiedział mi od niechcenia, że w jego wypieszczonym samochodzie poluzowały się jedne drzwi. Które, spytałam, choć czułam już, jaka będzie odpowiedź. Twoje, powiedział po prostu, wzruszając ramionami.

I to jest, drodzy, genialna metafora. Przesyt w najdrobniejszej sprawie może się skończyć jak te biedne drzwiczki – niby nic się stanie, jak raz trzaśniesz za mocno, ale na dłuższą metę może Cię to wykończyć. Nikt nie zauważy, jak dwa razy nie umyjesz podłogi, ale za trzecim razem będzie bałagan jak sto pięćdziesiąt.

Do czego zmierzam? Do skupiania się na tu i teraz. Na życiu w danym miejscu i czasie, a nie w przeszłości ani przyszłości. Na tym, żeby jak najczęściej zwalniać. Żeby sobie odpuścić! To wcale nie jest łatwe. Co mi z tego, że jednocześnie załatwię przystawkę, obiad i deser? Dziś jestem dorosła i chcę delektować się smakami po kolei, a nie naraz. Kiedyś bałam się, że nie zdążę spróbować wszystkiego. Teraz wiem, że warto skupiać się na detalach, bo tylko wtedy będzie można docenić całość.

W ramach takiego odpuszczania samemu sobie można na ten przykład nastawić najlepszą na świecie jaglankę i wycisnąć w tym czasie świeżutki sok z pomarańczy oraz przeczytać wyborny wywiad z jakąś mądrą głową. Moja jaglanka gotuje się sama!

Mam proporcję, którą jestem w stanie podać w środku nocy w najgorszym stanie ducha i ciała. 60 gramów kaszy jaglanej, 200 ml mleka i jakieś 150-200 ml wody (byle przefiltrowanej, bo to naprawdę czuć w smaku). To wszystko odmierzam, zalewam i wstawiam na mały ogień, ustawiając metalową łyżkę w poprzek rondelka, dzięki czemu mleko nie ma prawa wykipieć. Zapewniam Was, że nie z jednego jaglankowego pieca chleb jadłam i niejedną proporcję przetestowałam – ta jest najlepsza. Nie bawię się w podgrzewanie kaszy na patelni (kaszę łatwo przypalić, a jaglanka wcale nie zyska orzechowego aromatu, bo z powodu płynów będzie on po prostu niewyczuwalny).

Kiedy śniadanie się gotuje, ja robię inne rzeczy, ale od jakiegoś czasu czynię to na spokojnie. Skupiam się na tym, że oto czaruję w ukochanej kuchni i nieważne, że gotuję jagły niemal codziennie (na zmianę z owsianką). Czarowanie kulinarne nigdy mi się nie znudzi! Żeby czary wyszły, czuję się dobrze sama ze sobą i mieszam pro forma od czasu do czasu. Moje ulubione śniadanie pęcznieje dość szybko, bo w niecałe dwadzieścia minut.

Ugotowaną na gęsto jaglankę przekładam do ulubionej miseczki, polewam miodem i jem z ulubionymi owocami. Mam różne smaki w zależności od sezonu, okoliczności i humoru – uwielbiam jaglankę z malinami i truskawkami, to latem. Albo z jagodami! Kochani! Niebo w gębie! Najczęściej pada jednak na banana, którego naturalna słodycz pięknie podkreśla to, w jagłach najlepsze.

I choć pracuję nad delektowaniem się życiem w spokoju, wciąż jest we mnie coś z czarodziejki uciekinierki, której energię bardowie będą opiewać w pieśniach. A jak już będą śpiewać, to niech dodadzą zwrotkę o mojej kremowej jaglance namber łan!

M.

 

(Visited 248 times, 1 visits today)

10 myśli na temat “Czarodziejka uciekinierka i jej jaglane śniadanie”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jak zostałam babą...

Kiedy byłam mała, wujek mówił do mnie „madlajn”, a ja powtarzałam z oślim uporem, że nigdy nie będę gotować, bo to dobre dla bab. Teraz jestem już dorosła i choć w myślach lubię nazywać się po wujkowemu, stałam się babą swojego dzieciństwa – nie wyobrażam sobie siebie bez smaków. [...]